Harley

Pani tak, panu dziękujemy  Komentarze (6)
12. styczeń 2012 23:08:00

Papierosy i wódka rozwiązują mi język.

Robi się rozwiązany, czy rozwiązły? To się zobaczy z upływem słów.

Kalendarz wzbudził gorącą reakcję Mężczyzny z Warszawy i mojego przyjaciela Majkiego. Reakcję dla mnie zaskakującą i przykrą. Pierwszą czynnością Mężczyzny z Warszawy było odwrócenie go tyłem do widoku z komentarzem – Fuj! Majki wydawał identyczne dźwięki. Potem zaczęła się idiotyczna dyskusja z naczelnym argumentem, jakoby kobiece ciało było cud miód, bo niby nie od rzeczy kobiety zwane są płcią piękną, a facet jest brzydki. Wzburzyłam się, przyznaję, i zapomniałam przypomnieć rzeźby starożytnej Grecji przedstawiające przynajmniej pół na pół postacie obu płci, jeśli nie z przewagą męskich ciał. Na nic argumenty o równości, o skrajnej subiektywności ich poglądów. Zadziałał najdurniejszy z argumentów, że to mój słup i wieszam na nim co chcę. Przestali odwracać kalendarz plecami na zewnątrz, a miałam kretyńskie łzy bezsilności tuz, tuż, więc zmieniłam temat.

Wczoraj zapytałam kumpli z fabryki, czy będą mieli coś przeciw, jeśli przyniosę kalendarz z roznegliżowanymi rugbistami. Dostałam pozwolenie.

I już nic z tego nie rozumiem. Kompleksy? Jakie? Ani Mężczyzna z Warszawy, ani Majki nie mają powodu ich mieć. Stwierdzam to pomimo nieznajomości pełnej okazałości Majkiego.

Zawiedli mnie. Swoim uporem i – przepraszam za słowo, bo nie lubię go – szowinistycznym podejściem do tematu.

Zastanawia mnie, czy Mężczyzna z Warszawy całując mnie i pieszcząc, ma w ramionach mnie, czy jakie bądź kobiece ciało. Czy towarzyszy mu i pomaga wyobrażenie wszystkich pięknych dziewczyn z kalendarzy w czynieniu wspaniałości wynoszących mnie ponad rzeczywistość. Pozornie jedno z drugim – kontrowersyjny kalendarz z naszym sam na sam - nie ma związku, pozornie. Ja węszę zależność.

 

No i na rozwiązłość nie ma już czasu. Muszę położyć się spać przed północą, bo to zasypianie przy biurku w fabryce jest upiornie męczące.

 

 

 

Dwanaście  Komentarze (2)
06. styczeń 2012 22:55:00

Dwanaście, bo dwanaście miesięcy ma rok.

Kupiłam sobie kalendarz na ten nowy. Z gołymi facetami. Doskonały jest!

Żadnych uwodzicielskich spojrzeń. Napinania, wyginania, nic z tych rzeczy. Goście w naturze swej doskonałej czarno-białej.

Zabiorę do fabryki. W domu na ścianach miejsce jest zarezerwowane dla golizny mej własnej, a pomiędzy ścianami tylko Mężczyzna z Warszawy może paradować bez ubrania.

Mam nadzieję, że koleżeństwo służbowe się nie zbulwersuje.

 

Trzy wciąż czeka. Nie mam jakoś weny do pisania. Trzy miało być o naszych ostatnich wakacjach w krajach byłej Jugosławi z dodatkiem Kosowa. Dobrze je wspominam. Może mnie natchnie i będzie i o nich.

Tymczasem dobija mnie ciemność. Wstaję – ciemno. Wracam – ciemno. Jasność i słońce przesiaduję we fabryce. Spoglądam w okno i mam plany - pomiędzy obowiązkami - czego to ja nie dokonam po wyjściu na wolność. Wychodzę z wrażeniem, że wychodzę w noc i powinnam zaraz położyć się spać. Zmiana fabryki była korzystna finansowo, tylko ta nowa jest dwie przecznice od domu... Ludzie powiedzą – ciesz się, masz tak blisko do pracy! 8 minut piechotą, wliczając windę na czternaste. No właśnie – piechotą. Rower rdzewieje ruszany od wielkiego dzwonu. Dupsko rośnie, talia nigdy blisko osy teraz dobija hipopotama. Nie wierzyłam w spalające działanie dojazdów do roboty. Błąd. Wierzę. Nie chcę zmieniać, nieźle płacą, a na rynku żywym towarem atrakcją nie jestem, więc wystawiać się nie chcę. Trzeba inaczej wrócić do stanu oglądalności. Oglądalności własnej i Mężczyzny z Warszawy. Mówi, że jest OK, ale już ja wiem swoje. Nie będę się z nim w tej kwestii przekomarzała, bo musiałabym wytoczyć argumenty... Właśnie – wytoczyć :/

 

W środę wróciłam na WF. Dziś znów byłam i tak już będzie – będę tam znów regularnie.

 

Pierwszy raz piszę w tym miejscu, miejscu w pokoju. Przemablowałam, a właściwie przmablowaliśmy. Mężczyzna z Warszawy brał w tym udział fizyczny i intelektualny – zaakceptował projekt i efekt też. Poprzednio wchodziło się do sypialni, bo pierwsza w oczy rzucała się kanapa. Teraz wchodzi się ... powiedzmy – do gabinetu, bo w miejscu kanapy stoi biurko, a za nim regały z książkami. Kanapa jest za węgłem, wygospodarowała się tym samym sypialnia. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Przebudzenia mam zdezorientowane, potrzebuję chwili na zastanowienie, gdzie jestem. Często jestem z nim i to mnie ustawia prawidłowo w przestrzeni. I czasie? Czas zapitala niepotrzebnie tak szybko...

 

Podobno nowe egzaminy na prawko mają odłożyć do czerwca.  Oby. Ten pomysł z omijaniem przeszkody jakiś chory jest. Bo kto o zdrowych zmysłach nie zwolni widząc coś zagradzającego drogę? Plan na ten rok – kategoria A.

 

Nieźle zabrzmiało, a tyczy jedynie prawa jazdy na motór. No, może nie tylko? Zważywszy te dywagacje około zwierzęce oscylujące pomiędzy osą i hipopotamem.

 

Aha, i mam na tym kalendarzu autografy dwóch modeli :) Taki private styczeń i sierpień :D

 

Sześć?  Komentarze (0)
22. grudzień 2011 00:46:00

Dwa dni temu puściłam totka. Zgubiłam kupon.

Czy numery 8, 9, 13, 30, 36, 42 były na nim?

 

 

 

 

 

02. październik 2011 22:31:00

Zanim nastąpi Trzy, a mam nadzieję w końcu to Trzy napisać, niech się spełni Czwórka, bo dziś, proszę państwa, plan był minimalny – pojechać na myjkę dwa kroki od garażu. Kolega Majki ze mną się wybrał zmyć pieczarki z Bzyczka.

Umyliśmy.

Trzeba mi było jeszcze zakupy zrobić, bo lodówka pusta.

- Nooo, blisko do Reala... Dasz radę..

Opierałam się krótko. Pojechaliśmy.

- Jeszcze coś na szybki obiad, bo nie jadłam nic od rana – powiedziałam tuż przed kasą. Zajrzałam do koszyka – W sumie jest kurczak... Można z curry zrobić...

- Zapraszasz mnie na obiad? – zapytał Majki.

- No.

- Jeszcze muszę do Kaznzasu, ale dobra, to po obiedzie... Chociaż... Fajnie byłoby piwko do obiadu... Śmigniemy do Kanzasu razem, dasz radę.

I znów mnie przekonał! Śmignęliśmy. I wróciliśmy. Tam razem nie zrobiłam nic głupiego. Jechałam ostrożnie, ale bez paniki i bez lęku.

Jestem z siebie dumna!

 

 

 

 

 

16. wrzesień 2011 23:52:00

Można się tam objadać świeżymi figami. Winogrono niestety mi nie służy.

 

 

 

 

15. wrzesień 2011 22:46:00

Są jeszcze w Europie miejsca bez tesko i makdonalda.

Jakież to było kojące.

A na dokładkę drogi nie są tam dziurawe.

 

 

 

Tytuł byłby frywolny  Komentarze (4)
12. sierpień 2011 18:12:00

Czekanie zwykle nie kojarzy mi się dobrze. Jednakże jest czekanie, które mnie zachwyca. Kiedy czeka na mnie Mężczyzna z Warszawy. Z poświęceniem i skutecznie...

Wspomniałam to dzisiejsze czekanie we fabrycznej toalecie. Zapach wkładki higienicznej to sprawił. Zmieszany mój z jego. Ciężko było się potem skupić przy wznawianiu kolejnych zwalonych w poniedziałek procesów.

 

 

Niewiele więcej od kury  Komentarze (3)
07. sierpień 2011 17:10:00

Nienawidzę i kocham cud-logo, które dostałam w postaci kiepskiej jakości kseor zeskanowane do pliku pdf. Trudno pozostać obojętnym do czegoś, z czym obcowało się dziś cztery godziny, wczoraj dwanaście i po kilka godzin w dni wcześniejsze. Jakbym miała więcej zwojów nie zdążyłabym wejść z tym obrazkiem w tak głęboką relację, bo opanowałabym fotoszopa w sekund pięć i nie bujałabym się z pojedynczymi pikselami, tylko użyłabym jakichś tajemniczych zaawansowanych możliwości tego wypasionego softu i w jeden dzień sprawa byłaby załatwiona.

Ale zwojów już na starcie dostałam może nie tyci, jednakże mało. Za mało w zestawieniu z potrzebami. Potem przez lada dbałam, by ich ilość jeszcze pomniejszyć: alkoholem, trawą, fajami i brakiem snu (o upływającym czasie z jego destrukcyjnym działaniem nie wspomnę).

 

Natworzyłam więc warstw od zarąbania, bez ładu i składu i zrobiłam coś – nie wiem co, ale uniemożliwiło mi to skutecznie zmianę koloru niektórych pikseli. Stanęłam przed ścianą. Głową, jako się rzekło, jej przebić szans nie miałam, to obeszłam sposobem (nie od razu na to wpadłam :/). Zapisałam toto w jotpegu, otwarłam potem jako psd i poszło – wszystkie piksele były już moje!

 

Skończyłam z nim. Nie koniec to jednak uświadamiania sobie marności umysłu mego. Trzeba teraz przygotować webową otoczkę temu obrazku. Nie umiem, nie wiem, nie znam się! Ale ciaćki są do wzięcia, więc nie ma zmiłuj.

 

Plus minus i biało-czerwone paski...  Komentarze (3)
05. sierpień 2011 21:33:00

Wstawanie po drewnie łatwe nie było. Wieczorem miałam WF zwany Spartą – nazwa niezwykle adekwatna do męczarni – to się rozruszałam. Przewidując jednak pogarszanie się stanu mięśni, głównie pleców, kupiłam sobie na jakiejś małejcence godzinny masaż relaksacyjno-leczniczy i zapowiedziałam się u masażysty na dziś po fajrancie.

 

Kilka dni temu był też biotron do wzięcia. Zawsze mi pomagał na różne, nawet zadawnione,  kontuzje. Zastanawiałam się brać, nie brać? Ale po co? Nic mi nie jest. A dziś byłby jak znalazł, bo łokcie mam już prawie - jebanego – tenisisty. One najszybciej mi siadają, łokcie to moja pieta. WF-em ich nie doprawiłam, bo pompek było niewiele, a i tak robię je na pół gwizdka.

 

Przydałoby się też pedicure z dłońmi w zespół. Po długich poszykiwaniach mam w końcu sandałki na koturnach, z odkrytymi palcami są. Nigdy nie miałam takich uprzedzeń, jednakże dowiedziałam się w szatni po WF-ie, że niumalowanych paznokci u nóg „się nie po-ka-zu-ja!”. Dziś je pokazałam /.

 

Tak sobie siedzę, piszę, słucham Trójki – lista przebojów leci, jakby nic. A gdzieś tam, nawet nie wiem gdzie, wiem jednak, że się powiesił. Nie wiem dlaczego i czy na krawacie ( przepraszam za żart niestosowny). Co mu w duszy grało, co głowę zaprzątało?

 

Mężczyzna z Warszawy napisał, że oddałby kiełbasę, żeby się dowiedzieć dlaczego to zrobił „nowych spraw chyba nie miał, pewnie sie nie zakochał nieszczęśliwie, no to co...”

No właśnie – no, to co?

 

A żeby nie kończyć tak filozoficznie – mam na oczach soczewki. Tak, podjęłam tę próbę i rozpoczęłam drogę przez mękę z dobieraniem odpowiednich mocy, by widzieć w oddali szczegóły wszelkie. Łatwo nie będzie przy moim astygmatyzmie. Najtrudniejszy będzie okres przejściowy i żonglowanie soczewkami, starymi okularami do dali i starymi do czytania. Trzeba będzie kupić plusy w rossamnie, bo póki nie będą miała pewności w czym dam radę czytać nie wydam więcej niż 8 zeta na nowe do czytania. W tych starych też kiepsko sobie radzę, ale mniejsza, już sama się gubię w konfiguracjach dioptrii na plusie, na minusie, osiach cylindrów.

 

(Kurde! Znów gdzieś przynieśli krzyż...)

 

 

Zarzuty bez pokrycia  Komentarze (4)
03. sierpień 2011 00:55:00

Entuzjazmu to mi chyba nie brakuje. Z wielkim dziś od rana zabrałam się do poprawiania błędów we fabryce, co by wszystko się zgadzało w dalszych obliczeniach. Z jeszcze większym szukałam dla Mężczyzny z Warszawy sklepu w Suwałkach albo okolicy, gdzie mógłby kupić albo naprawić zasilacz samochodowy do kompa. Bo takie miał ciśnienie na łono natury, że półtora tygodnia temu zapakował namiot, laptopa i inne takie na motor i pojechał pracować nad Brożane. Dziś przed południem dostałam wiadomość tekstową, że potrzeba mu pomoc, to się zanurzyłam w necie, telefonowałam do sklepów, pisałam kwt do Mężczyzny z Warszawy. Szczegółów awarii i jak się wszystko skończyło dowiedziałam się niedawno na gg:

 

„ten na a... z Suwałk wymienił kondensator w spalonym zasilaczu, powiedział ze nadal nie działa bo pulsuje prądem - ale podłączyłem go i ładuje, wygląda że działa.

Zaczęło się od tego, ze rano jak zwykle podłączyłem kompa, za chwile miałem lekki dymek, po chwili kłęby dymu bo paliła się izolacja, a za chwile otwarty ogień, pod siedzeniem. Zdążyłem odłączyć od akumulatora zanim zapaliłyby się inne kable, już się przytopiły, zwarcie w gnieździe zapalniczki było, kombinowałem, izolowałem, w końcu jakoś podłączyłem i był by dobrze, tylko odwrotnie klemy do akumulatora podłączyłem i spaliłem zasilacz laptopowy, a w końcu dzień z ładną pogodą się trafili, to trochę żal mi było wyjeżdżać, no i stad cały ten zgiełk.”

 

Jeszcze było: ” dzięki ! nie wiem jak się odwdzięczę.”

 

Z entuzjazmem równym temu od obowiązków służbowych koordynowałam telefonicznie – z fabryki - dostawę drewna. Junior zadbał o możliwość wjazdu ciężarówą na podwórko, odebrał, zapłacił. A największy entuzjazm musiałam wykazać przy schowaniu drewna do komórki. Mało było, dwa mery brzozy i dwa dębu. Na sztuki 625 kawałków. Każdy miałam w rękach dwa razy, bo przed wejściem do komórki leży od blisko roku sterta piachu (nie chce mi się pisać czyja i po co, nie moja w każdym razie), więc drewno trzeba było najpierw przerzucić pod drzwi, a potem układać na stosiku. Zajęło mi to, kurwa, pięć godzin! Starzeję się :/

Przez całe to zamieszanie nie zalogowałam się do zombiaków i jeden mózg przeszedł mi koło nosa! A zbieram na taką laskę, co cieszy zombiaki. Na szczęście dostała mózga w nagrodę za wygrany atak.

Czyż ja nie jestem entuzjastyczna...?

 

 

 

 

Z górki na pazurki  Komentarze (2)
02. sierpień 2011 00:25:00

Tak się zastanawiam jaka to różnica czy palę czy nie. Jaka to różnica czy przed czy postawie przecinek. Czy piję czy nie. I inne różne takie czy robię czy nie. Na długość życia i tak nie ma to wpływu, bo ona z góry podobno ustalona. Mówią o tym przeznaczenie.

Pamiętam o swoich obowiązkach – muszę rano wstać do fabryki, ze świeżą głową, bo mój doświadczony zmiennik na urlopie i ja nowicjusz sama na placu boju. Jak na razie radzę sobie. Pamiętam o zimie, nadejdzie i trzeba się do niej przygotować. Przygotuję, tak się złożyło, że jutro.

Robię postępy w fotoszopie. Cieszy :/.  I nie żebym sobie zmarszczki wygładzała.

Kończy się Amber naturalny, znaczy pora spać. Opowiedziałabym więcej, ale może za jakiś czas albo i nie. Smutek mnie odwiedził i siedzi, skurczybyk, głęboko. Coraz trudniej go wykopać za drzwi.

 

Pisać? Nie pisać?  Komentarze (1)
25. lipiec 2011 23:37:00

Skojarzenie z wielkim hamletowskim dylematem byłoby niewybaczalnym nadużyciem (MS Word poprawił mi rz na ż, ułomność moja, jedna z wielu wylazła na światło). Nie mam weny ani dla wzlotów ani zlotów. Ani dla spostrzeżeń o postępie zauważalnym przez robaczka zabłąkanego w wędrówce przez codzienność do wyremontowanego gabinetu lekarskiego. Ani do refleksji wywołanych obserwacjami zachowań ludzkich ludzi bliższych mi i dalszych. Zabawne są, pouczające niekiedy i przygnębiające czasami.

Dziś  byłam z młodymi z rodziny w przybytku, gdzie dają pizzę (zgrabnie ominęłam trudne słowo określające ten rodzaj knajpy, nieprawdaż?). Młodzi byli płci przeciwnej. Nie sądziłam, że kelnerka, dla mnie zwyczajna, może wywołać tak silne emocje. U obydwu. To było pouczające.

Nie będę wybiegała w przyszłość dalej niż na chwilę. A za chwilę idę pod prysznic, potem położę się spać.

Inwestycja  Komentarze (5)
25. maj 2011 22:41:00

Ile zainwestowali? Nie wiem.

Po co? Rzekomo w dalszym przełożeniu dla zwiększenia wydajności.

W co?

1. Wielki autokar na 3 dni.

2. Paliwo na jakieś 800 km.

3. Hotel z pokojami od 290 do 360 za dobę i apartament za pińcet.

4. Żarcie. Piwo i wóda ile ludzie dadzą radę w siebie wlać.

5. Gryl.

6. Spływ kajakami Czarną Hańczą.

7. Kolacja na statku pływającym po pięknych okolicznościach przyrody w augustowską noc.

 

No i oczywiście delegacje dla wszystkich i majl wysłany do tych, którzy by coś mogli od nas chcieć w poniedziałek lub wtorek, że nas nie ma, bo jesteśmy na „wyjeździe szkoleniowym”.

 

No to się zintegrowałam.

 

Tak się bawi, tak się bawi, moi drodzy, (...) moja nowa firma. :/

 

 

 

 

 

Kamienie  Komentarze (6)
03. kwiecień 2011 23:34:00

Planowałam łikendowe włóczenie się po giełdzie kamieni, z zakupami rzecz jasna. Na planach się skończyło.

W piątek przyjechały dzieci, więc w sobotę nie poszłam, bo wyjechały późnym popołudniem. Wieczorem przyszedł Majki z depresją. Wypiliśmy wino.

W niedzielę przyszła do mnie już sama depresja i odebrała mi chęć na kupowanie błyskotek. Wieczorem poszłam do Majkiego zobaczyć jak mu idzie remont.

- Chcesz kanapkę z pomidorem? – zapytał.

- Nie chcę.

- To masz. I pół piwa.

Fakty są niezbite – jestem stara, brzydka, gruba, nic nie umiem, niczego w życiu nie osiągnęłam i żyję mrzonkami. No, to pa. Muszę się ogarnąć w sobie i ogolić nogi.

 

A w merolu trzeba było naprawić alternator i wszystko z prądem wróciło do normy.

Prawdziwy test  Komentarze (5)
21. luty 2011 23:22:00

Palce u nóg mi zmarzły i czoło i nos. Przeczuwałam, że musi być zimno. Ale co zrobić, dojechać trzeba.

Dopiero około południa dowiedziałam się we fabryce, że rano było minus piętnaście!

Że też nie spojrzałam na termometr przed wyjściem z domu... Zostawiłabym rower w komórce.  Eee, chyba lepiej. Przynajmniej przekonałam się, że rękawiczki – gwiazdka od Mężczyzny Hrabiego z Warszawy – mam ciepłe i czucie w palcach zachowało się do samego końca :)

.

 

 

Fachowcy  Komentarze (3)
19. luty 2011 00:05:00

Nie sprawdziłam wciąż tych płynów ustrojowych vel elektrolitów. Brak czasu, chęci, motywacji? Ech, nie oszukujmy się, zwykłe to lenistwo.

Jutro. Jutro to zrobię, bo mam prostownik. Nowiutki jakiś, bo nieprzyzwoicie czysty, made in germany. Zanim podłączę podejmę próbę sprawdzenia poziomu elektrolitu, jak się nie uda podłączę i tak. W pudełku jest instrukcja obsługi – dam radę.

 

Prostownik pożyczyłam dziś od męża koleżanki – urodziny miała i wódkę postawiła (rzuciłam alkoholizm, nie wódkę i w przeciwieństwie do tego „niemoty”, który się kłóci zawzięcie z aa-alkoholikami) wypicie piwa, wina, drinka, wódki nie ciągnie mnie za włosy w nałóg na powrót. Co dziwne jest, acz pozytywne. Ale wracając do tematów prądu zmiennego transformowanego na stały – dwa dni temu we fabryce rzuciłam na stołówce, że mam potrzebę ładowania. Dziś mi jeden zdał raport treści następującej:

 -  naszym boksie nikt nie ma prostownika, ale zgodnie doszliśmy do wniosku, żebyś przywiozła akumulator tu do elektryka i on ci wszystko zrobi.

 

Jakoś nie zdziwiła mnie ta rada. Jak się facet nie zna, nie chce mu się albo czegoś nie ma, to odsyła do fachowca...

 

 

Dzięki, babeczki, za wsparcie i wskazówki. Podążę ich tropem. Choć nie wykluczam opcji fachowca... ;)

.

 

 

 

 

Czy jest na sali fizyk?  Komentarze (3)
14. luty 2011 01:19:00

Fizyk mi niezbędny! Nie musi być jądrowy, całkiem zwyczajny mi wystarczy.

 

Bo tak: jest akumulator 62 Ah (amperogodzin – dla tych, co nie wiedzą, ale jesli nie wiedzą, to mi się nie przydadzą ;)), jest też prostownik wyskalowany na  34 Ah – 45 Ah, volty w obu urządzeniach się zgadzają – 12.

Ładowanie trwało 18 godzi i nic. To znaczy nie zaświeciło się zielone światełko w takim oczku w akumulatorze.

 

Teraz pytanie.

Czy tan prostownik naładuje taki akumulator? Jeśli tak, to jak długo trzeba go ładować? Jeśli te 18 godzin powinno wystarczyć, to czy akumulator jest zwalony?

 

No bo nie wiem, czy płożyć lachę na akumulatorze, czy szukać stosownego prostownika?

 

Uzupełnienie:

1. Poziomu elektrolitów nie sprawdzałam. Akumulator jest czarny jak smoła i nieprzezroczysty :/, ale jak pani Doktor zleciła, to trza zajrzeć do środka :) (jak wrócę z fabryki, na wieczorny obchód wynik badania będzie gotowy).

2. Wiek akumulatora nie sięgnął jeszcze roku.

 

P.S.

We fabryce powiesili nam na ściane portrety przywódców :D. Uśmiechnięci kierownicy! Każdemu z zaciśniętej pięści sterczy we wzwodzie kciuk. Jeden sie wyłamał i po amerykansku skręcił palce w kółeczko.

Organizacja, to cos więcej niż korporacja nawet. Spitalaj stąd, Harley, spitalaj co sił!

 

 

 

 

Co się komu podoba  Komentarze (2)
28. styczeń 2011 20:15:00

Podobno wniosek jest już podpisany przez wszystkich świętych i czeka tylko na klepnięcie jakiegoś prezesa o obco brzmiącym nazwisku. Trzeba będzie zaryzykować w poniedziałek i mając zapewnienie tylko „na gębę” położyć papier kierownikowi. Prosiła mnie o to, ta co ma być moją szefową. Wczoraj mówiła do mniej zdrabniając moje imię.

A nasz pierwszy kontakt był dość specyficzny, a było tak:

 

Dałam Bazylowi cv i czekam. Czekam, czekam, czekam. Aż któregoś dnia dzwoni mi telefon. Numer nieznany. Ja akurat w stadium „nie cierpię telefonów, dajcie mi wszyscy święty spokój!”, więc odebrałam i z wściekłością w głosie warknęłam „halo!”. A tu jakaś baba mnie pyta czy ja to ja, czym mnie jeszcze bardziej wnerwiła!

Jakoś obcesowo odpowiedziałam w rodzaju „o co chodzi?!” i wówczas gościówa się przedstawiła… Chyba zbladłam! Ale starałam się zachować zimną krew i już z uśmiechem przeprosiłam za nieprzyjemny ton, ale mam dużo niechcianych telefonów, które mnie męczą i stąd moje zniecierpliwienie. Babka wydała się spokojna, że niby nic się nie stało…

 

Wczoraj mi Bazyl napisał:

„w ogóle mówiła, że jej się spodobałaś jak pierwszy raz zadzwoniła, a ty odebrałaś z głosem jakby „czego?”. Przedstawiła się i ty wtedy zmieniłaś ton i zaczęłaś tłumaczyć, że w kółko dzwonią i marudzą. Spodobało jej się chyba, że będziesz asertywna…”

 

Ciekawe czy byłaby równie zachwycona wiedząc, że dziś w nocy zakończyłam obsługę awarii o 2:30, położyłam się spać i kiedy o 5:30 zadzwonili z centrum nadzoru z informacją o alarmie na jednym z serwerów powiedziałam „dziękuję”, odwróciłam się na drugi bok i smacznie spałam dalej do samego rana. Chyba też by jej się spodobała tak perfekcyjna asertywność…

 

 

Jeszcze nic się nie stało  Komentarze (8)
19. styczeń 2011 00:13:00

Jestem na „tak” - usłyszałam dziś na koniec rozmowy, która rozpoczęła się pytaniem:

– Co panią tu sprowadza?

- Chcę tu pracować.

 

Czekam teraz na kwity – przyrzeczenie zatrudnienia, czy jakoś tak. Pierwszy raz coś takiego dostanę (o ile dostanę). I będzie to drugi raz (jak będzie) kiedy złoże wypowiedzenie. Zwykle likwidowali mi fabrykę albo jej znaczną część i raz mnie wywalili.

 

 

Się skończył i zaczął  Komentarze (5)
06. styczeń 2011 00:34:00

Dobry rok to był. Dobry, nawet lepszy niż. Aż boję się nadeszłego.

Dziś rozmawiałam ze znajomymi o zależności. Wieku, wyobraźni i lęku.

Właściwie czego się bać? Co ma być, będzie.

 

Co miało być, było.

Co mogło być, a nie było. Widać nie mogło być.

Wolę zamknąć oczy i nie widzieć co może być i co nieuchronnie będzie. Przygotowuję się do tego. Próbuję.

 

Ale żeby w takim rzewnym nastroju nie kłaść się spać wspomnę dzisiejszą scenkę z fabryki.

Kolega, zapalony rzeźbiarz sylwetki przyniósł miesięcznik z mięśniakami – znaczy, przepraszam, magazyn kulturystyczny. Przejrzał go i, jak zwykle, przyniósł mi go na biurko – do poczytania i pooglądania z rekomendacją – Ten to ma nogi! – I pokazał zdjęcie.

 

- Matko! Ja bym tego w życiu do domu nie wpuściła. Wybudowałabym budę w ogrodzie!

 

Podobno się nie znam.

 

Szanowna Pani  Komentarze (3)
22. grudzień 2010 22:46:00

Szanowna Pani została niniejszym poinformowana o wybraniu do kolejnego etapu rekrutacji na stanowisko...

 

A następny etap, to spotkanie z jakimś ważnym dyrektorem w stolcu. Termin zostanie ustalony po Nowym Roku.

 

Szanowna pani zaciera ręce.

 

Może je sobie pozacierać, bo i tak już większego użytku z nich nie zrobi na dachu. Śnieg szanowna pani zwaliła lecz z grubym i wielkim kawałem lodu rady dać sobie nie może. A pod tym lodowiskiem jest, jak zwykle bajoro, które wlewa mi się do kuchni. Rynna skuta lodem, dziura w murze oporowym (czy ogniowym – nie pamiętam nazwy) do odprowadzania wody do rynny również cała pod lodem. Pozostaje wycierać wodę i liczyć na mróz.

 

Mężczyzna z Warszawy zwalał śnieg, dwa razy. Ale pojechał w czas odwilży. Niefart. Bo ostatnia partia spadłego z nieba białego puchu została na dachu. Mokry był tak, zachęcający do ulepienia bałwana ;) Szkoda, mogłam ulepić, nawet ze trzy. Widział kto kiedy bałwany na dachu?

Zabrakło mi szaleństwa. Za to pomysłowości resztka podpowiedziała – wezwać dozorcę na pomoc.

Pomocy nie odmówił i odmówił zarazem. Dziś się nie zjawi, jutro po południu przyjdzie. Co tam pogodynka mówi o temperaturze...?

 

Niedyskretne pytania  Komentarze (5)
13. grudzień 2010 22:49:00

Sprawa butów wróciła na tapetę tydzień temu. Byliśmy u kumpla, który rai mi robotę lepszą niż mam. Rozmawialiśmy o tym czego mogą ode mnie chcieć na rozmowie, kto na niej będzie i po co.

 

- Ale jak będzie taka pogoda, to ja nie mam butów, bo przecież w glanach nie pójdę – zaskamlałam żałośnie.

 

I posiałam ziarno, bo następnego dnia Mężczyzna z Warszawy zgadnął – Jak nie masz butów na tę rozmowę, to ja mogę...

- Nie, nie, żartowałam. Dam radę.

 

Śniegu dziś może nie po pachy, ale na subtelne prunelki zbyt dużo. Wzułam więc buty sprzed dwudziestu chyba lat. Trzymają fason – zamszowe botki za kostkę, dość wysoki gruby kwadratowy obcas (stabilny) i lekko pogrubiona podeszwa, Bata – z zewnątrz całkiem nieźle się prezentują, a o zmurszałej wyściółce w środku nikt wiedzieć nie musi ;). Wzułam je dziś, bo na dziś została przesunięta rozmowa rekrutacyjna, która miała się odbyć dwa tygodnie temu, lecz śniegi wystraszyły panią dyrektor ze stolca.

Kiedy te dwa przeszło dwa tygodnie temu zadzwoniła zawiadomić mnie o zmianie terminu chyba nie zaplusowałam, bo na wieść o trzynastym wypaliłam – Też sobie pani termin wymyśliła!

Natychmiast  się zmitygowałam i przeprosiłam, wyjaśniając, że to oczywiście żart. Pani zapewniła o szczęściu niesionym przez tę datę chyba ze trzy razy czym mnie ździebko uspokoiła – znaczy poczucie humoru ma.

 

No zobaczymy. Co też tym szczęściem dla mnie będzie. Gadali ze mną prawie godzinę i było ich sztuk cztery. No, trzy, bo czwarty, to mój kumpel i pytaniami mnie nie męczył.

Najdociekliwsi byli tacy dwoje – ta dyrektorka i gość też ważny (nie zapamiętałam ani nazwiska, ani funkcji). Pytali, ja odpowiadałam, a wszystko było takie, kurna, mądre, że powtórzyć było mi potem trudno, kiedy zdawałam relację Mężczyźnie z Warszawy :/.

Po mnie przepytywali mojego kontrkandydata. W pół godziny się z nim uporali. Podobno on z tych młodych wilczków, żądnych wiedzy – przynajmniej tak się sprzedawał.

W ciągu dwóch tygodni ma być informacja które z nas dostąpi zaszczytu spotkania oko w oko z jakimś ważnym dyrektorem ze stolaca, ważniejszym niż owa pani dyrektor przepytująca mnie dziś tu na miejscu.

W sumie może ta cała ważna komisja już wie kogo woli – panią z doświadczeniem, czy chłopca z żądzą (wiedzy ;)). Mogli nas sobie obgadać na wszystkie strony w drodze powrotnej w pociągu.

 

Trzymajta kciuki za długoletnią praktykę, doświadczenie zawodowe, znajomość szerokiego spektrum zagadnień i inne takie mieszczące się na trzech stronach mocno streszczonego  życiorysu zawodowego! Bo, że żądze we mnie drzemią przekonywać chyba nie muszę ;)

 

Aaaa.. i zapytali podobno czy ze mną coś nie tak, bo na pytanie o największy sukces życiowy (niekoniecznie zawodowy) nie powiedziałam, że urodzenie dziecka itp, bo podobno kobiety tak mówią. Kumpel wyznał, żem po rozwodzie, ale mam super syna, muzyka.

 

Ja tam uważam, że bycie moim super synem jest zasługą głównie mojego super syna, to co się będę podszywała pod nieswoje sukcesy...

 

Życiowe dylematy  Komentarze (6)
14. listopad 2010 21:39:00

Znów zaliczyłam mały lansik galeryjny z lekka militarnie się wystroiwszy. Miałam kupić żarcie dla kotów... Będą żarły dziś suszki, zaopatrzenie dopiero jutro, dziś w regały z ciuchami mnie wciągnęło, bo bardzo mi się podoba ten styl starodawnego munduru, królujący na wieszakach. Nie miałam pojęcia, że właśnie to teraz w modzie piszczy, że ona taka „moja” jest.

 

Naprzymierzałam się prawie do syta. Prawie, no bo nie wiem czy mogłabym się przymierzaniem nasycić? Najgorsze chwile miałam w obuwniczych. No zamarzyły mi się te botki na obcasie, znaczy niekoniecznie te, co ostatnio widziałam. Dziś zobaczyłam inne! Cztery dychy droższe od tamtych. Pięęękne, zgrabne z kokardą na boku, a jaka slim w nich jestem...mmmm. Zdenerwowałam się i napisałam do Mężczyzny z Warszawy że ma mi zakazać łażenia po sklepach albo nie zostawiać samej na weekend! No tak! Jaki z tego wniosek? Wszelkiej rozrzutności babskiej winni są mężczyźni! Bo albo przykro przyjdą i nastrój trzeba sobie jakoś poprawić. Albo wcale nie przyjdą i tym bardziej chujowo się robi (może określenie niezbyt fortunne w sytuacji braku...). Albo nie dość się zajmują i głupoty się w głowach białogłowych lęgną. W każdym razie zawsze winę ponoszą oni!

Oni, na pewno powiedzą, że zawsze muszą za wszystko płacić. Albo żywą gotówką albo niematerialnie – czasem swym drogocennym, zainteresowaniem, czy samą zwykłą obecnością.

No. Tak. Tak już jest i nie ma się co przeciw temu buntować. Płacić, panowie, płacić.

 

Mężczyzna z Warszawy pozostawił mnie samą na calusieńki długi weekend!

... – niech sobie każdy sam tu dopowie, co samo się nasuwa ;)

 

Jak mu o tych butach napisałam, to owszem – zadzwonił. Dopytał co za jedne, czy kupiłam i dlatego rozpaczam. Dowiedziawszy się, że nie kupiłam powiedział – To nie masz co rozpaczać.

 

Jak to nie mam! Przecież wracałam do domu bez butów! A do JEST powód do rozpaczy. Koniec końców zaproponował swój udział w zakupie w kwocie 150 zeta. Czyli ja musiałabym dołożyć 200. Nie zdecydowałam się.

Zastanowiło mnie jednak, czemu chce mi kupić tylko jeden i w dodatku nie cały but!? Zapytałam o to.

„Gdyż kupiłem samochód jaki chciałaś a teraz jestem zadłużony i niedługo stracę robotę :)”

 

Z tą utratą roboty to on ma obsesję. Facet łebski jest i powinien pryncypała cisnąć o podwyżkę co i rusz, a nie tak dawać się wysysać. Ale mniejsza.

Samochód. Jaki chciałam... Nooo, tak, tak, bardzo mi się podoba, bardzo. I nie mogę powiedzieć, bez szemrania mi go daje. Jechałam nim ze stolca jak przyprowadzał do mnie motór na zimowanie. Dał mi też go jak musiałam (no może nie musiałam... ;)) do sklepu, a on siedział przy robocie. Bez szemrania dał. No, to niech już będzie, że samochód jest jaki ja chciałam ;).

 

No dobra, ale co ma samochód do butów?! Przecież te buty, to kropla w morzu gotówki wylanej na auto! A do tego...

Do tego wywalił kasę, zupełnie niepotrzebnie, na jakieś smarowidła do zabezpieczania antykorozyjnego!

Tak, wywalił. Gdyż jakby mnie zapytał, to bym mu powiedziała, co i jak. A powiedziałabym żeby najpierw zajrzał baśce pod spódniczkę, czyli pojechał na pierwszą lepszą stację z podnośnikiem i sprawdził jak się ma fabryczne zabezpieczenie. Nie zapytał, to ja się nie wychylałam, bo panowie wrażliwi na punkcie aut swych, szczególnie nowonabytych. No to kupił te mazidła i pojechał do domu swego rodzinnego, bo tam „jest kanał”. I w ten oto sposób mnie wpuścił w kanał, pozbawiając mnie butów.

Bo:

- wydał kasę na mazidło, a mógłby na buty,

- zostawiając mnie samą na te dni stworzył warunki bym uświadomiła sobie istnienie butów, których zostałam pozbawiona.

 

I to wcale nie jest pokrętny wywód!

 

Ale ... Przyparty do muru słowami: „Ale jakbym bardzo bardzo płakała... To byś kupił dwa całe? Powiedz, że tak :-|”, z ociąganiem odpowiedział: „No taaak :)”.

 

I teraz jestem w kropce – płakać? Przyjąć tę część buta w prezencie? Czy olać te buty całkiem?

 

Nie, nie... Olać, to nie... Chyba. I jeśli nie olewać, to na które się zdecydować? Cholera! Dlaczego nie mogę kupić sobie dwóch par!!

 

 

Lubilatka  Komentarze (4)
14. listopad 2010 13:49:00

Lata lecą i robią swoje. Zapomniałam, czy nigdy to do mnie nie docierało? Nie jestem przesądna, gdzieżby! Ale swój rozumek mam i trzynastkę traktuję z ostrożnością. To czemu ja bloga założyłam trzynastego? Listopada, osiem lat temu. Trzynastego listopada, wczoraj wykupiłam znów swoją domenę. Czekałam aż ją home.pl uwolni po niezapłaconym abonamencie, bo to najprostsza droga obniżenia kosztów – założyć na nowo „za złotówkę”. Czekałam i czekałam aż zapomniałam i wczoraj sprawdzając dostępność innej nazwy przypomniałam sobie o mojej. Okazała się wolna, więc czym prędzej ją zakupiłam za 12coś. No i zobaczyłam na fakturze tę datę! Trzynasty :/. A ta domena ma mi szczęście przynieść. Głównie w interesach.

 

Lata lecą, jak to ustaliłam na wstępie i z ich biegiem świruję – umalowałam paznokcie na różowo i zachciewa mi się butów na obcasie na zimę. Na domiar nabieram coraz większej niechęci do ciężkich prac domowych przynależnych w normalnych warunkach facetowi. Przewraca mi się w głowie, oj przewraca. Ale umiarkowanie jeszcze – lakier miałam w szafce, o butach tylko marzę sobie i czasem zajdę przymierzyć takie jedne i grzecznie odstawiam bo trzy stówy to dobra cena, ale trzeba baterię do umywalki dzieciom na gwiazdkę kupić. Co do prac domowych – stękam, ale jeszcze daję radę. Potem stękam bardziej, ale nikt tego nie słyszy, może Majki czasami. Z nim jednak mam niepisany układ na wzajemne stękanie o wszystkich bolączkach ciała i duszy.

 

Wracając do trzynastego listopada roku dwa tysiące dwa – nie miałam pojęcia jak ważna to będzie dla mnie data i jak zaważy na moim życiu. Zaważyła bardzo, gdyż ważne jest to, co mi w konsekwencji przyniosła. Jakby to było gdybym poczekała aż kalendarz zrzuci jedną szatkę w tej grze w rozbieraną butelkę, kończącą się wejściem całkiem gołym nowym roczkiem? Czy gdybym świętowała dziś nie wczoraj? Jak wyglądałoby to święto?

Ha! Ha! – szyderczo zaśmiało się życie! – Nigdy się tego nie dowiesz, Harley!

 

Pokazując życiu język, przypominam sobie znajomych-nieznajomych poznanych tu i rozpoznanych, zapomnianych i wspominanych. Pokazuję życiu język i odpisuję na majla martyni, plotkując o tych znajomych-nieznajomych, pokręconych, nadmiernie wrażliwych, konfabulujących i zwykłych kłamcach. Plotkujemy też sobie o tym Ważnym, co zaważył na moim życiu.

 

Lubię to. To plotkowanie, różowe paznokcie stukające w klawisze, imaginację zamszowych botków z obcasem na moich stopach i ten jubileusz (choć z nim różnie bywało, o czym świadczy skromne archiwum).

 

New look, na chwilę  Komentarze (5)
11. listopad 2010 00:34:00

Zagrali, ale bardziej, jak w teatrze, a nie kasynie. Aktorzy doskonali! Wciągnęli również nas do tej gry i wszyscy udawaliśmy, że to niewolnicy decydują u którego właściciela chcą być. Żałosne przedstawienie.

Mam zatem nowego kierownika, a ściślej będę go miała od stycznia, bo wówczas się sformalizuje ten nowy model organizacyjny zwany przeze mnie NEMO. Nic to, kumpel z całkiem innej fabryki powiedział, żebym podesłała papiery, bo szukają u niego kogoś i może się nadam. Byłoby git – rzut beretem od domu, a zima idzie i jak śnieg znów się sypnie, jak ostatnio, to będę zmuszona używać tramwaju, a nie lubię i w tramwajach dupsko rośnie.

Z ciekawością będę obserwowała moje losy zawodowe, zwłaszcza, że pod koniec ubiegłego roku pewna wróżka wywróżyła mi zmianę w tym zakresie i to w drugiej połowie roku. W sumie zmiana już zaszła, ale może zajdzie dalej...

 

Dziś po WF-ie poszłam do galerii i się popławiłam. Najpierw zaszłam do Sephory i się umalowałam: korektor pod oczy za 99 zeta, puder Givenchy za prawie 200, róż Dior za 170, rzęsy – Lancome za 130. Taka śliczna udałam się do H&M, poprzymierzałam i nie kupiłam, bo sukienka z wieszaka „wszystko po 40 i 60” była źle odwieszona i cena na metce była aktualna – 120 :/. Na buty zostało mało czasu i dobrze, bo mogłam się nie wykazać rozsądkiem.

W H&M kupiłam trzypak majtek. Niewypał z powodu dezinformacji – rzekomo w tym sklepie rozmiary bielizny są zaniżone (a może zawyżone?), w każdym razie kazały wziąć mniejsze niż zwykle. No i te 36 mogę sobie włożyć... Ale z założeniem gorzej.

 

 

Należałoby już się umyć, o czym myślę z niechęcią, z racji kosztownego makijażu. Cena faktycznie czyni cuda, choć inne znaczenie ma ten slogan w perfumerii niż w CCC z butami.

 

Zmiany, wyzwania, centra kompetencji! Fuj!  Komentarze (3)
29. październik 2010 14:20:00

Chciałabym żeby zagrali o mnie w karty. Obojętne czy w pokera – łapczywie patrząc na mnie i pragnąc wygranej, czy w Piotrusia, z lękiem wyciągając kolejne karty i myślą „byle nie ona”.

 

A tu nic z tego. Najpierw nowy dyrektor, co nim będzie od stycznia, opowiada o przyszłości, potem dzwoni do mnie jakiś gość o nazwisku nic mi nie mówiącym i pyta czy ktoś już ze mną coś? (w sensie czy już jakiś kierownik coś mi proponował – pracę konkretnie). Na domiar złego rozmowę zaczyna od poinformowania mnie, co słyszał, że niby zajmuję się czymś tam, co znane jest mi z nazwy, ale czego dotyczy muszę zapytać kolegę z przeciwka, bo zapomniałam oczywiście czy to wspomaga, czy dla operatorów czy może związane z biznesem.

 

Ja nie chcę wybierać! Nie chcę „określać swoich preferencji” ani „gdzie się widzę” (bo widzę się tam gdzie mnie nie widzą i preferencje mam ździebko sprzeczne z innymi preferencjami, ale to akurat z fabryką nie ma nic wspólnego).

 

Po pierwsze – mam za mało danych, nie znam kierowników, nie znam lub prawie – systemów i nie wiem kto z nas gdzie się znajdzie, a co za tym idzie w czyje obecności przyszłoby mi pić codzienna poranną kawę.

Po drugie – jak mnie borą, to mają, co chcieli. Ale już, gdy ja mówię „chcę, weź mnie”, to wypadałoby coś dać w zamian, coś wiedzieć i umieć. Wniosek prosty – umiem niewiele i jeszcze mniej :/

 

Długi weekend, dodatkowa godzina – chciałoby się w komforcie, emocjonalnej stabilności, cieple i bezpieczeństwie. Guzik, cała macierz niewiadomych. Teraz, jutro, zawsze…

Dziurawy ten mój dom  Komentarze (2)
29. wrzesień 2010 23:12:00

Na pewnym strychu były żarówki. Całe pudełko żarówek z lustrem. Już dawno miały byś na moim strychu, aż w końcu... Ale stało się to dopiero wieczorem.

 

Sobota była ciepła i słoneczna, w sam raz na różne rzeczy. I tak Bazyl postanowił wywoskować swoje auto, łącząc przyjemne z wietrzeniem dziecięcia. Woskowanie z wietrzeniem bezkonfliktowo mógł zrealizować u mnie przed domem. Przyjechał z rodzinką, a my ciepłą i słoneczną sobotę uznaliśmy za doskonałą na wycieczkę - wsiedliśmy na motocykl i pojechaliśmy do Arkadii (Nieborów był tydzień wcześniej). Wróciliśmy pod wieczór. Mężczyzna z Warszawy zrobił kebab.

Byliśmy już po lodach i miałam pozmywać po kolacji, kiedy przyszedł kolega Juniora. Ze wspomnianymi na wstępie żarówkami.

 

Postawił pudło w przedpokoju i cofnął się do korytarza. Wydawało mi się, że nachylił się po coś jeszcze, ale nie, zamykał drzwi. Trochę mnie to zdziwiło, ale skoro wszedł, zapytałam – Kawka, herbatka?

- Kawka.

 

Zdziwiłam się bardziej, ale poszłam do kuchni. Niedługo potem obserwowałam, jak Heru wpada w dziurę czasową. Coraz głębiej i głębiej. Zaczęłam podejrzewać tę dziurę o brak dna, kiedy wyszedł z Mężczyzną z Warszawy do sklepu po cytrynówkę. Zadzwoniłam do Juniora.

 

- Słuchaj, czy Heru kiedyś wyjdzie?

- Kiedyś wyjdzie – pocieszył mnie Junior.

 

O pierwszej trzydzieści zaczął już wychodzić i wychodził dwie godziny. Przed czwartą byliśmy już sami i mogliśmy położyć się spać. To fakty, a wrażenia? Gdybym nie była przymulona nadmiarem tlenu i spragniona ciepła rąk Mężczyzny z Warszawy też bym się kołysała w dziurze pomiędzy czasem i nocą. Lubię znajomych Juniora, zawłaszcza, jak mówią tym swoim niezrozumiałym dla mnie językiem - o alikwotach, gatunkach muzycznych, których nazw nie zapamiętałam, o permanentnym oddechu, o fortepianie w stroju równomiernie temperowanym i takim, co miał czarne klawisze dzielone na pół.

Oni zawsze z youtuba wygrzebują ciekawe, piękne dźwięki, doskonałych instrumentalistów i opowiadają o muzyce bez zadęcia, a jednak w głosie i oczach mają religię jakąś.

Heru też pokazał kilka swoich ulubionych kawałków. Był Mate Bekacac grający na klarnecie koncert skrzypcowy, co niezwykłe jest podobno ze względu na specyfikę strojenia oby tych instrumentów. Nie wiem, może. Nie znam się, ale jak zamknęłam oczy, to faktycznie słyszałam skrzypce.

Potem był gitarzysta basowy, flecista Nathan "Flutebox" Lee i Bernard Ładysz też był z racji koligacji rodzinnych z Herem. Dużo mówił o Mozarcie, a na koniec zadał podchwytliwe pytanie. 

 

- Czy Requiem Mozarta kończy się smutno, czy wesoło? No? W dur, czy w mol? – nie wiedzieliśmy, więc sam dopowiedział -  Ani tak, ani tak. Tam nie ma tercji!

 

Potem jeszcze długo wyjaśniał, śpiewał różne dźwięki, mówił, którego tam brakuje do określenia tonacji i podsumował – Śmierć nie jest ani dobra, ani zła. To chciał powiedzieć Mozart, pisząc Requiem dla siebie.

 

Pokiwał głową lekko przechyloną na jedną stronę z miną mówiącą mniej więcej – Tak, tak moje dzieci, tak też można zinterpretować geniusza.

 

Jak interpretować geniusza – kompozytora instrumentalistę – układającego mnie czasami do snu? Nie podejmuję się. Chłonę tę muzykę, wyczarowywaną z wymyślonych przez niego nut, zagraną palcami na mojej skórze, spojrzeniem na membranie moich źrenic, oddechem szumiącym w moich włosach. Komponuje, gra, dyryguje, a ja słucham, drżę, chłonę i nie śmiem interpretować.

Na oklaski nie starcza już sił ;)

 

 

22. wrzesień 2010 23:35:00

Mężczyzna z Warszawy sprzedaje motocykl i kupuje auto. Że niby na zimę. To auto ma być na zimę. Ale czy wiosną kupi nowy sprzęt, czy dopiero latem? Czy kupi...? Jakoś smutno jawią mi się wakacje w limuzynie.

Jemu zamarzyło się wygodne podróżowanie, a ja spoglądam na kaloryfery i zastanawiam się, czy na następną zimę nie odblokować ich, a piecem się jedynie wspomagać – ciepłotą i nastrojem. W takich chwilach czuję upływ czasu. Widzę go też w podkrążonych, zmęczonych oczach. I w paru innych miejscach też ;).

Zapominam o nim – o czasie, przestrzeni i o pierwszym wymiarze – zapominam o zmęczeniu i bezlitośnie ciętej perspektywie i trwam wraz z chwilą, która powinna być rzeczownikiem rodzaju męskiego, chwilą piękną. Wychwalam ją cicho, nawet nie szeptem, by nie usłyszał mnie czasem, bo kto wie czy czego kiedy nie podpisałam tylko pamięć zawodna i cyrografu nie pamięta. Jeszcze ciszej, ciszą od szeptu jeszcze dalszą wypowiadam też inne słowa najmilsze. Nie powiem ich głośno.

Nie powiem ich tu nawet. One zresztą wiedzą, gdzie są bezpieczne, nie budzą lęku, nie zasmucają. Te słowa są moje, dla niego, ale dla mnie tylko.

 

Może ma kto beemkę 328, niedrogo w dobrym stanie? ;)

 

15. wrzesień 2010 00:09:00

Dosyć lansu.

A w sobotę jakby czas się cofnął. Byliśmy pograć w ping ponga, w sali przykościelnej, gdzie siostrzyczka Weronika trajlowała z trzema gimnazjalistkami, a z głośników leciały Czerwone Gitary z Klenczonem.

Nierealne.

Wracamy do domu.  Komentarze (4)
10. wrzesień 2010 00:07:00

(niezły czas mam w poprzedniej notce, jakbym się wyzerowała)

Od pewnego czasu usiłuję postawić dom siłami wyobraźni. Jestem zbyt przyzwyczajona do skośnych dachów, bombardowana projektami typowymi – czerwona dachówka i szczyty Tatr z trzema kominami– albo posiadłościami w stylu „polski dworek”, żeby zbudować coś innego, a tymi skosami nijak nie da się nakryć bryły, stworzonej przez układ pomieszczeń, jaki sobie ułożyłam. No, bo jakże to? Dom z płaskim dachem...?

 

Kilka dni temu usłyszałam w radiu hasło „płaski dach”. Nie pomnę szerszego kontekstu, ale architekci chyba też są znudzeni dachówką, gontem i strzechą. Ciekawa sprawa, co willowa dzielnica w Tallinie jest w przewadze zabudowana płaskimi dachami. Zacofani są, czy awangarda? Obstawiam to drugie zważywszy na nowoczesne kształty okien, ciekawe elewacje i stan tych domów – są dość nowe. Fotek nie ma, bo na sprzęcie jeszcze nie robię, ale może nabiorę kiedyś wprawy.

 

W drodze północnym wybrzeżem na wschód złapała nas burza. Przeczekaliśmy ją pod daszkiem przystanku autobusowego. Przestało w końcu padać, ale zrobiło się zarazem zupełnie ciemno co utrudniło szukanie miejscówki na noc. Znalazł oczywiście – nad wodą i z ułożonym z kamieni paleniskiem – ale słaba była. Wschodnia granica dała się wyczuć, bo w lesie leżały śmieci. Nieopodal były jakieś opuszczone zrujnowane budynki poradzieckie, co przypominało trochę ukraińskie klimaty.

Rano pojechaliśmy do Narwy. Uwieczniliśmy rozległą średniowieczną twierdzę leżącą częściowo po estońskiej częściowo po radzieckiej stronie i dalej w drogę nad jezioro Pskowskie.

 

To jezioro, to były pierwsze morskie pejzaże, pierwsze fale na wodzie. Bałtyk w każdym miejscu, gdzie go widzieliśmy był gładki niczym Brożane w bezwietrzy dzień.

Co my tam mamy na zdjęciach... Kolacja. Ale zanim ją zjedliśmy musieliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Ta liczba mnoga jest grubym nadużyciem. Mężczyzna z Warszawy wjechał w las i trafił na szeroką leśną drogę. Po lewej wśród drzew co kilkadziesiąt metrów stał kompakt stołowy – zadaszony stół z ławami – i oczywiście piec. Na początku tej drogi była studnia, takie ot udogodnienie dla wędrowców... Zadziwiający kraj.

Zakupy robiliśmy razem, to wiedziałam co będę robiła na kolację. Nadziałam co trzeba, a Mężczyzna z Warszawy doprawił i upiekł z pietyzmem. Co upiekł? No? Brawo! Szaszłyki!

 

Zagęszczam.

Tarta – ładne miasto. Przewodniki mówią, że akademickie. Coś w tym jest, chyba wyczuwa sie inną atmosferę – młodzi na rolkach na ścieżkach rowerowych, kluby, antykwariaty. Na rynku duży namiot, a w nim jakiś gość na kanapie głosił coś, a ludzie go słuchali popijając kawę. Co i o czym głosił ten pan pojęcia nie mam, bo język mają obcy bardzo.

Cmentarze – te, które widzieliśmy były w lesie. Jak oni się przekopują przez korzenie, to jedno pytanie. Drugie można zadać lokatorom, czy aby spokojnie się tam leży? Nie mają pomników tylko minimalne kamienne tablice stojące na piaszczystych kwaterach udekorowanych donicami z kwiatami.

Powrót był „po śladach” – czyli nasza pierwsza samotna miejscówka w Estonii, ta z huśtawką, kemping na Łotwie, Brożane i do domu. Po drodze było jeszcze jedno miejsce – bezpłatne. Wprawdzie bez stołu z dachem i ławami, ale za to z kibelkami białymi jak śnieg, bez śladu kamienia w syfonie, z umywalkami i prysznicami, z bojlerem na ciepłą wodę, który można było włączyć bez wrzucania monet w żadną skarbonkę.

 

A dziś wracam sobie z fabryki wieczorową porą, powietrze wilgotne dżdżysto-mgliste, ale ciepło. Stanęłam na światłach, a tu jakiś koleś na skraju chodnika kucnął i mi fotkę cyka. I jeszcze podniósł kciuk do góry... Śmiałam się, ale potem dotarło, że próżna jestem, choletra....

 

Pomiędzy  Komentarze (1)
08. wrzesień 2010 00:00:00

Nie da się uniknąć bywania w łazience, a to tam głównie doznaję olśnień i wpadają mi do głowy genialne rozwiązania. Oczywiście nie z ich powodu chciałabym omijać łazienkę szerokim łukiem, raczej powinnam przesiadywać na kiblu albo pod prysznicem jak najwięcej. Niestety, w tym również przybytku mają miejsce doznania z drugiego krańca emocjonalnego, czasem zagłębiam się w sobie, a to nic dobrego nie przynosi. Wczoraj pod prysznicem – myję się i tak się zastanawiam i nie znajduję uzasadnienia, po co ja na tym świecie byłam. Tak, byłam, bo teraz trwa dogasanie, już nie powalczę za wiele.


U niego też minorowo. Chyba nawet bardziej niż mi mówi. Czuję, że nie daję już tego co kiedyś, albo raczej brać mu się nie chce. Rad by ręce wyciągnąć, ale mu się nie chce. Chętnie by coś zrobił, ale mu się nie chce. Zniechęcony, zmęczony, spragniony, tęskniący. Za czymś. Powinien zostawić mnie, bo traci czas, zostawić, poszukać ładnej młodej panny z gęstymi jasnymi włosami i białymi zębami, pokochać, zrobić co należy i posadzić wreszcie to drzewo, do którego będzie chętnie wracał. Tego mu trzeba.


Staram się nie wyżalać. Postanowiłam po raz kolejny, że nie będę na tych wakacjach, po tym jak dwa razy nie wytrzymałam. Jak się już uspokoiłam patrzyłam na niego i pytałam siebie - cóż on może? Nic nie poradzi, że jest jak jest. A wczoraj niepotrzebnie się rozkleiłam. To przez ten prysznic.  Za bardzo się rozkleiłam, bo nie wystarczyło mi rozsądku, który rozpłynął się we łzach. Zabrakło mi go i nie utrzymałam palców za zębami i wyggadałm się, że beznadzieja mi łzy z oczu wyciska. Nie zrobię tego więcej. On przecież pocieszyć mnie nie może i nie ma tym złej woli.

Nie zadziałało. Tak powiedział, kiedyś.

Jeśli nie działa, to płakać należy na osobności. W jego towarzystwie trza się uśmiechać, żeby się do końca nie rozleciało.

Flądra, to za mało  Komentarze (0)
05. wrzesień 2010 20:14:00

Następnego dnia w palnie mieliśmy wyspę. Wybraliśmy największą, Saremę. Czekanie w kolejce na prom dłużyło się z powodu upału, ale nie był rady, nie mieliśmy zabukowanego wcześniej biletu, więc byliśmy w puli rezerwowej. Szczęśliwie na drugi prom już się załapaliśmy. Bilet niedrogi, chyba około 20-25 złotych za dwie osoby i sprzęt.

Sarema nawet w porównaniu z wymuskaną Estonią jest perełką. Nie wiem czy oni tak regularnie koszą tę trawę, czy mają gatunek zmodyfikowany genetycznie z kodem określającym wysokość kłosków. Obstawiam to drugie, bo ludzi z kosiarką widziałam dwóch, a trawa, nawet ta przydrożna, bezpańska była przepisowej wysokości kilku centymetrów.

Właśnie! Pobocza. Teraz uświadomiłam sobie czemu tak mi się podobały. Były porośnięte zieleniną – tą króciutką trawą i jakimiś płożącymi. Słodko właziły na asfalt, tworząc sielskie widoki, jak z obrazka.

 

Na tej wyspie zafundowaliśmy sobie jedyny posiłek w knajpie. Zachęcił nas napis, że ryby tam dają. Urokliwe miejsce. Na zdjęciach wnętrze jest puste, bo wszyscy wybierali stoliki na zewnątrz. Zabrakło mi śmiałości, żeby zdjąć gościa stojącego za barem, poczekałam aż zniknie w kuchni. A fajny był, jak dla mnie fiński w każdym calu, choć w życiu na oczy Fina nie widziałam.

 

Flądra ma to do siebie, że jest rybką niedużą zwykle, nic więc dziwnego, że po ujechaniu kilku metrów Mężczyzna z Warszawy zatrzymał się przy sklepie.

 

- Co będziemy jedli na kolację? – zapytał, a ja zaniemówiłam, bo nie w głowie mmi było jedzenie po pysznym czymś – podobno ryba z kurkami w sosie. Podobno, bo smaku ryby w tym nie wyczułam. – Szaszłyki mogą być? – dopytał retorycznie i poszedł do sklepu.

 

Zanim przyszła pora na kolację zaliczyliśmy atrakcję turystyczną Saremy – krater po meteorycie. Tu mamy dwa: na jednym ja sama, na drugim my razem, bo Estończycy sympatyczni są i jeden pan sam wpadł na pomysł, że może byśmy chcieli i zaproponował, że nam ją zrobi. „Chcieli”, to za dużo powiedziane, ale ja chciałam.

 

Do spania na dziko nic nie znaleźliśmy, ale kemping był wśród drzew i na tyle rozległy, że każdy namiot miał spore terytorium na wyłączność. A do tego oczywiście swój własny grill, bo jakże by..? Więc znów nabijałam na szpikulce mięso w marynacie na przemian z cebulą, boczkiem  papryką. Tym razem to były kurze łydeczki. Przynajmniej tak wyglądały. Ale, skoro robią tam kiełbasy z łosia, to ja głowy bym nie dała.

 

Nazajutrz odfajkowaliśmy druga atrakcję Saremy – klif. Połaziliśmy nie za długo, bo w upale niefajnie łazi się w skórach i kaskiem pod pachą. „Zaliczyliśmy”, „odfajkowaliśmy” – wcale nie znaczy „nie warto”, ale to pewna nowość w zwiedzaniu z Mężczyzną z Warszawy. On by najchętniej włóczył się po bocznych drogach, z dala od wszelkich skupisk ludzkich i atrakcji turystycznych również. Chyba ograniczenie terytorialne – nieduża jest Estonia – uczyniło go uległym na propozycje.

Nie było gór, serpentyn, drogi płaskie i niezbyt wijące. A jak Estończycy przyzwyczajeni są do równego może świadczyć znak drogowy ostrzegający o nachyleniu drogi o 4%! Muszą się czuć jak w górach, wjeżdżając na naszą Suwalszczyznę z krajobrazem morenowym.

 

No dobra, w następnym odcinku wrócimy na ląd i trzeba przyspieszyć, zagęścić, odsączyć szczegóły od sedna i zakończyć sprawę ;)

Huśtawka  Komentarze (2)
05. wrzesień 2010 01:30:00

Rozjechaliśmy się w przeciwne strony tuż za wyjazdem z kempingu. Trochę żalu, trochę nadziei. Sympatyczni, to żal. Nadzieja...? Zawijamy w sreberko... Ale wracajmy do zdjęć.

 

Estonia jest porządna i czysta na sposób daleki od niemieckiego. Jest skandynawska, przynajmniej tak sobie wyobrażam Skandynawię, bo na żywo jej nie widziałam. No właśnie... Warto by tam pojechać.

Trawa starannie przystrzyżona, domy głównie drewniane, ogrodzenia, jeśli są, to niskie płotki, dobre drogi, pusto, zielono, choć roślinność niezbyt wybujała. Jechaliśmy wiejskimi drogami wzdłuż wybrzeża i rozglądaliśmy się już za noclegiem. Bałtyk w tym rejonie przypomina raczej jezioro z brzegami porośniętymi wysokim sitowiem. Zatrzymywaliśmy się chyba dwa razy, żeby odpocząć chwilę i popatrzeć. Szłam wtedy w przeciwną stronę niż on, bo miałam wrażenie, że jemu jest głównie żal. Że nie jesteśmy już w czwórkę albo, że nie jest sam. Gdyby teraz mógł pewnie by zaprzeczył, ale nie miałabym pewności czy nie robi tego dla świętego spokoju.

 

Krowy też mają czyste. Stanęłam przy narożniku rozległego pastwiska ogrodzonego elektrycznym pastuchem i przyglądałam się kilku czarnym krowom kręcącym się wśród młodych drzewek. Zauważyły mnie i przestały skubać trawę. Zbliżyły się. Po chwili zaczęły schodzić się następne. Powoli lazły z rozległej łąki i skupiały się tworząc tłum krów gapiących się na mnie. Prawie wszystkie były czarne i lśniące, może tylko z osiem brązowych naliczyłam. Zrobiłam trzy zdjęcia. Zdjęcia krowich zadów, gdyż twarze musiałabym fotografować pod słońce i nic by z tego nie wyszło.

 

Następny przystanek, to już była nasza miejscówka na noc. Idealna! Leśny parking nad morzem. Z bawialnią – huśtawką zawieszoną na drzewie, kuchnią – z dużym piecem z obracanym grillem i stołowym – wielki zadaszony kompakt, czyli stół z ławami po dwóch stronach. Sypialnię ustawiliśmy sami. Na wprost zejście do morza było kamieniste, ale ze dwadzieścia metrów na prawo była piaszczysta plaża.

Szaszłyki zasmakowały Mężczyźnie z Warszawy, więc na kolację kupił zamarynowane mięso nie wiadomo z czego, bo zrozumieć ich mowy nawet w piśmie się nie da, a na obrazku nie było zwierzęcia w całości. Marynata była czerwona, a mięso śliskie. Dość obrzydliwe jednym słowem i nabijać to na szpikulce do pieczenia trwałam w postanowieniu, że jeść tego nie będę. Zjadłam. I to nawet bardziej skora byłam do jedzenia niż Mężczyzna z Warszawy, bo miał do końca wątpliwości, czy to mięso aby nie jest surowe. Takie soczyste było!

W nocy padało. Wiem, bo znów nie mogłam zasnąć niespaniem, które męczy, a nie tym dającym odpoczynek i ukojenie. Rano znów uśmiechałam się jak gdyby nigdy nic przygotowana na to, że albo wstanie albo będzie spał do granic. Ale nie... Cieszyłam się, że jesteśmy już sami...

Potem poszedł do łazienki, czyli wykąpał się w morzu.


Rozpalony sprzęt Włodzia  Komentarze (3)
03. wrzesień 2010 00:02:00

Od wyjazdu z kempingu na Łotwie do popołudnia następnego dnia nie wyjmowałam aparatu. A szkoda, bo Włodek nieźle się prezentował z sakwą zionącą płomieniami. Chyba się do tego przyczyniłam. Jakiś bezradny mi się wydał na stacji benzynowej przy poprawianiu sakw, bo mu opadły. Nie wiem, czy faktycznie opadły, czy tak mu wmówiliśmy, ale postanowił je podciągnąć wyżej. Nie miał czym ich związać, a ja miałam oczywiście w zapasie taśmę z klamrą. Dałam mu ją ze szczerego serca.

Podejrzewam, że ta taśma była przyczyną dramatu. Była bardzo topliwa, a to ona pierwsza zetknęła się z rozgrzanym wydechem, kiedy sakwy znów z lekka opadły.

 

Jedziemy sobie z Mężczyzną z Warszawy, aż tu wyprzedzają nas chłopaki i zjeżdżają na pobocze. Nie od razu to zauważyłam. Najpierw sporo dymu z rury, potem dym uleciał i pokazały się piękne płomienie. Dość szybko je ugasili. Włodek podrapał się po głowie i zaczął poprawiać mocowanie sakw.

 

- Może zajrzyj do niej? Sprawdź czy Ci nic nie wypadnie od spodu – zaproponowałam.

 

Posłuchał. Odczepił tlącą się jeszcze sakwę i zaczęli z niej wyjmować różne rzeczy.

 

- O, trzymać z dala od ognia, w temperaturze nie przekraczającej... Ałć! Gorące! – Majki rzucił na trawę szprej do łańcucha :)

 

- No, Włodzio! Jeszcze chwila, a dostałbyś takiego spida, że ciężko byłoby cię dogonić. Co tam jeszcze masz? – nachyliłam się nad sakwą.

 

Była to sakwa z ciuchami na zmianę. Wytrząsnął je wszystkie na trawę i pokazał okazałą dziurę, z jedna trzecia dna sakwy poszła z dymem :). Potem zaczął oglądać straty w garderobie – dwie pary spodni, dwa podkoszulki, jedna koszula. Wszystko nadpalone, podkoszulków nie było mu żal, jednych spodni też nie, zwłaszcza, że nadpalone w newralgicznym miejscu, bo na szwie i to nie bocznym ;). Drugiej pary nie mógł odżałować. Jęczał, że takie ładne pamiątkowe naszywki ma. To Majki wyjął nóż i mu je wyciął z tych wciąż tlących się i cuchnących spalenizną spodni. Notabene, jak wracali, tą samą drogą, to Włodek zatrzymał się i zabrał z rowu te spalone i pocięte nożem spodnie :D.

Jedna koszula tylko zyskała na całym wydarzeniu. Dość kolorowa. Była tak złożona, że równo nadpalił jej się cały dół. Włodzio następnego dnia wykruszył zwęglone kawałki tkaniny i nosił ją dumnie, nie zważając na białe krótkie galoty, które były jedynym dolnym ciuchem oprócz motocyklowych portek, jaki mu pozostał.

 

Nie mam też zdjęcia gościa imieniem Robert. Z Krakowa. Sam podróżował po Estonii i miał nadzieję, że znalazł towarzystwo. Spotkaliśmy się na kempingu, nad samiuśkim morzem, za 3 euro od namiotu. Ja też sądziłam, że przynajmniej do Tallina pojedziemy razem. Z upływem wieczoru moje przypuszczenia rozpływały się z każdym kolejnym słowem, których potok, rzeka, wodospad wylewał się z jego ust. Rano nie trzeba było się wymigiwać, bo padało i nie mieliśmy zamiaru wstawać zanim przestanie. Robert był twardy, zapakował się na swojego GS-a i odjechał nie budząc nas na szczęście.

 

Apatar wyjęłam, gdy nasz sprzęcior był już zapakowany, Majki gotowym tylko kurtkę wrzucić na grzbiet, a Włodzio... A Włodzio jeszcze w galotach :D.

Czyli pierwsze – Mężczyzna z Warszawy siedzi na trawie przy bandziorku.

Drugie – Majki pręży pierś przy swojej suczce (tak go nazywa, tego VX-a).

No i trzecie – Włodzio siedzi na trawie i zakłada spodnie, z tyłu Kawaski, daleko po lewej kask, daleko po prawej jeden but.

A na czwartym Włodzio zdejmuje spodnie, bo zapomniał zdjąć te gustowne białe gacie, jedyne, które uniknęły spalenia. Ale nie mieliśmy mu za złe. Bo jakżeby, skoro przy szaszłykach na Łotwie, na luźną uwagę Majkiego, że przydałoby się tobasco, Włodek pogrzebał w sakwach i ...

- Zielone czy czerwone? – zapytał triumfalnie stawiając na stole dwie buteleczki!

 

Potem jest wspólne, które zrobił nam samowyzwalacz i kilka w podgrupach. Następnych parę to moje z Najmilszym – przygotowania do pozowania i samo pozowanie, czyli siedzimy na sprzęcie, jak zawsze tylko, że odwrotnie, bo ja z przodu. A Mężczyzna z Warszawy cudnie się do mnie przytula :)

 

Przed ostatnimi całusami i uściskami ustawili jeszcze sprzęty, tak by w tle było morze i cyknęłam pamiątkowe trzem złym motocyklistom. To jedno z najładniejszych. Może je tu kiedy dam na chwilę... Się zobaczy ;)


Początek albumu  Komentarze (2)
31. sierpień 2010 22:26:00

Najprościej byłoby dać linkę do picasy, gdzie założyłam album Estonia i wgrałam zdjęcia opatrzone stosownymi opisami. Dołożyłabym kilka zdań o tym, czego nie sfotografowałam i szlus.

 

Ale linka zbyt długa jest i sięga za głęboko i w oczy zagląda, więc trzeba się posłużyć samymi słowami.

 

Tym razem mieliśmy towarzystwo. Cztery dni byli z nami dwaj kumple. Zatem skład był następujący: my na badziorze, Majki na VX-sie i Włodek na Zefirze. Majki miał jechać z nami na całe dwa tygodnie, ale perturbacje sercowe nim zawładnęły – najpierw miał złamane i całkiem zrezygnował z wyjazdu, ale w Chorzowie się prawie zakochał i skrzydła mu urosły, ale wystarczyło ich tylko na te cztery dni właśnie, bo potem uniosły go z powrotem do nowej Miłości. Włodka namawiać nie trzeba było, choć miał prawo marudzić – świeżak (jak się o nim wyraził Mężczyzna z Warszawy), bo przejechał dopiero ze 4 tys. km, jeszcze nigdy swojego kawasaki tak daleko nie zabierał, a na dokładkę wciąż leczy stopę, którą rok temu zmiażdżył mu ździebko samochód. Miesiąc temu miał kolejną operację, bo wyjmowali mu jakieś kości ze śródstopia – chyba się nie przyjęły czy co..? Ale chłopak dzielny był i nawet dało się go zmusić, żeby rozpędził maszynę trochę bardziej niż 110.

 

Trasa była następująca: w poniedziałek wyjazd nad Brożane, tam nocleg. We wtorek nocleg na kempingu nad morzem na Łotwie, a w środę już Estonia.

 

Nad Brożanym było, jak zwykle, cudnie. Nawet się wykąpałam i usiłowałam pływać, co było żenującym przedstawieniem, zważywszy na moje jęki i krzyki, że się boję, i że ma mnie pod żadnym pozorem nie puścić, bo go rzucę na zawsze! Znaczy Mężczyzna z Warszawy trzymał mi rękę gdzieś w okolicach piersi i miał być mi podporą, dnem i deską ratunku. Bo jak tylko poczułam, że jej nie czuję topiłam się, choć woda sięgała mi do wspomnianego już biustu. Ale zostałam pochwalona, i słusznie, bo samo wejście do wody było wyczynem. Je tego często nie robię i już. Pobrzechtaliśmy się wszyscy z wyjątkiem kulawego Włodka, bo nie mógł zamoczyć stopy z opatrunkiem.

 

Zajrzę, co jest na pierwszym zdjęciu... Łotwa. Widok ogólny Kemping nad morzem, 70 km za Rygą. Zjedliśmy śniadanie i trwają dywagacje co dalej. Majki już chce wracać, Włodek rad by dalej, ale zdecydowany nie jest. Widać dwa motóry, dwa namioty i ciężki drewniany stół z dwiema równie solidnymi ławami. Jest też grill, który tutaj jest ciężką żeliwną misą obmurowaną kamieniami tworzącymi niewysoki kopczyk. Wszystko otoczone sosnami, między którymi – lekko w dole - prześwituje plaża i morze. Na drugim jestem ja dłubiąca palcem w uchu, a trzecia to fotka pod tytułem "Zakochany Szekspir", czyli Majki pisze słodkości do swojej świeżutkiej Miłości – esemesa rzeźbi.

To już jest po podjęciu decyzji, że nie wiemy w prawdzie w jakim składzie jedziemy dalej i czy dziś, ale chłopaki wiedzą, że chcą szaszłyki. Mężczyzna z Warszawy, jako najlepiej orientujący się w terenie został wysłany po mięso i jakieś druty. Spisał się oczywiście jak trzeba, przywiózł mięso, cebulę, paprykę i normalne długie szpikulce do szaszłyków. To one zagrały główną rolę na kolejnym zdjęciu – Majki i Włodek pojedynkują się na szpady. Po obiedzie zerwał się zimny wiatr, który malowniczo wydymał mi spódniczkę – Majki uwiecznił to dla potomnych i zapadła decyzja, że zostajemy tu do następnego dnia. Ale wiatr widać wywiał chłopakom ten pomysł, bo kiedy ustał plany się zmieniły i zaczęło się pakowanie. Pojechaliśmy do Estonii.

Estonia ładna jest i czysta  Komentarze (1)
27. sierpień 2010 21:44:00

Wakacje zaczęły się Tyskim w Chorzowie. Znaczy festiwalem Ryśka Riedla. Muzycznie do bani, namiotowo też. Namiot zawijamy w sreberko i odkładamy w strefę przemilczenia, o muzyce słów subiektywnych kilka.

T Love się obroniło, Cree w kiepskiej formie, Dźem w jeszcze gorszej – stare hity bezbarwnie brzmiały, a nowy repertuar jakiś nijaki. Pozostali wykonawcy niezauważeni z jednym wyjątkiem. Wielkim zaskoczeniem dla mnie był ten koncert. Nigdy nie przepadałam za tym zespołem, a wokalistka ... znawcy mówili, że zdolna... Cztery lata temu na Tyskim skręcało mnie, na widok dziwacznej postaci z paskudną grzyweczką, która przewracając oczami wychrapywała teksty piosenek, a jak mówiła do publiki, to pieściła się jak przedszkolak. Fuj! Nowe piosenki Hey puszczane w Trójce też mi się nie podobały, za dużo elektroniki czy co...? A na żywo... Rewelacja! Dla nich warto było tam pojechać mimo, że byli jedynym jasnym punktem na jednej wielkiej czarnej plamie złego nastroju kobiety po przejściach, której Mężczyzna z Warszawy zafundował powrót złych wspomnień i przeczucie zbliżającego się odrzucenia na zawsze.

 

Do odrzucenia na zawsze nie doszło, ale takie na trochę było i Estonię też z lekka przyćmiło. Ale miałam zawinąć w sreberko, jak to starałam się i wtedy zawijać ze skutkiem początkowo opłakanym, z czasem coraz lepszym. Uśmiechałam się a sreberkowe zawiniątko chowałam głęboko, na samym dnie, co by nie błysnęło złowrogo, niepotrzebnie.

 

 

Estończyków jest mało, jeżdżą dobrymi samochodami, mieszkają zwykle w drewnianych domach, mają starannie wystrzyżone trawniki i mówią, że nie mówią po rosyjsku.

Estonia ładna jest  Komentarze (0)
22. sierpień 2010 12:16:00

Za chwilę wychodzę na obiadek rodzinny. Będę opowiadała kolejny raz o wakacjach. Zdawałam relację dzieciom, we fabryce, trochę sąsiadom, komuś tam jeszcze. Lecę już tymi samymi zdaniami niczym nauczycielka  z wieloletnim stażem, opowiadająca na geografii o tym kraju. Dziś też opowiem, co widziałam, czy się podobało i dlaczego. Opowiem to samo, co wszystkim poprzednio. Co czułam nie opowiem, bo są to opowieści namiotowe. Tu też o tym co czułam powiem tylko – potworny niepokój. Czuję go wciąż.

 

No, to idę. Zrobię przy okazji pranie, bo od ręcznego obtarłam sobie trochę palce.

 

Świńska sprawa  Komentarze (4)
26. lipiec 2010 23:30:00

Ukraińskie, karpackie świnie mają przesrane życie. Dosłownie. Zamknięte w chlewie, również takim paralelnym. Miałam nadzieję, ze ich wielkie nosy pozbawione są powonienia. Dziś już wiem jak wygląda prawda – świnie mają lepszy węch niż psy!.

Jednak nie smród jest tam najgorszy. One chyba jedynie jedzą, wydalają i śpią – z naciskiem na „śpią”. Bo cóż można robić więcej w ciemnej komorze z jednym maleńkim okienkiem umieszczonym pod sufitem. Na domiar złego tej szyby nikt nigdy nie mył. Upiorne miejsce, ciemne, cuchnące i nieprzytulne. Szybko stamtąd wyszłam.

A weszłam, bo Marija (gospodyni) zabrała mnie do swojej córki, która przejęła gospodarstwo po rodzicach, którzy zeszli „na dół” (znaczy do niższej części wioski) żeby „robić biznes”. Wybudowali dom dla letników i drugi – dom weselny. Żałowałam, że byłam tam w czasie jakiegoś ich postu i nie zobaczyłam jak wygląda huculskie wesele.

Ale wracając do spraw parzystokopytnych – poszłam z Mariją do jej córki by wydoić krowę!

 

Pokazał mi jak to robić, wstała z kucków i rzekła – No, teraz wy.

Zaczęłam pociągać ze te dziwne gluty, które okazały się bardzo przyjemne w dotyku – suche, ciepłe i miękkie.

Nie wierzyłam, że mi się to uda, a jednak – przy drugim pociągnięciu połączonym ze ściskaniem pociekła do wiadra cienka strużka! Kilka razy upewniałam się, czy nie robię bydlęciu krzywdy, ale podobno nie. Starałam się jej nie szczypać i nie wbijać paznokci.

Ale byłam zadowolona! Doiłam, doiłam, a Gospodyni gadała przez komórkę. Uściślę, że choć na wsi wszystko się działo, nie ma tu mowy o komórce zbitej z desek, a o telefonie komórkowym.

Zmieniałam cycki co jakiś czas, ręce bolały mnie coraz bardziej, a w wiadrze mleka wciąż co kot napłakał. Gospodyni postanowiła mi pomóc. Jedną rękę mała zajętą trzymaniem telefonu przy uchu, ale drugą miała wolną. Złapała krowi cycek i pociągnęła w dół. Jak siknęło...! Nie pozostaje mi nic innego, jak dać teraz świadectwo iż Marija miała krzepę w rękach. Taką, że drżyjcie... Znaczy nie chciałabym być w skórze... Dosyć, chyba tych kilka chwil z Hustler TV zostawiło piętno na  mojej psychice i mi się skojarzenia wymknęły spod kontroli.

 

Trzeba mi kończyć ukraińskie wspomnienia, bo zbliża się Estonia. Poprzedzi ją Tyski w Chorzowie.

 

Kilka migawek.

 

Pierwsza:

Ukraińcy nie zostawią obcego bez pomocy. Przede wszystkim zapytają, czy jej potrzebujesz. Czy potrzebujesz pomocy w pokazaniu drogi, bo może zabłądziłam, czy nie potrzebuję podwiezienia, czy wiem, że z jednego szczytu, to w dobrą pogodę widać nawet Kołomyję, tylko trzeba mieć binokle (znaczy lornetkę).

 

Druga:

Żarcie jest prawdziwe: masło jest masłem, śmietana nie wyleje się ze słoika. smarowałam nią chleb, bo tylko do smarowania się nadawała. Pielmieny pływające w roztopionym maśle mogę jeść codziennie.

 

Trzecia:

Stopy mam jak księżniczka na ziarnku pupcię. Czuję każdy kamyk, a na domiar złego po trzech godzinach marszu mam zawsze jakieś obtarcie choćbym szła po puchu w puch obuta.

 

Czwarta:

Mężczyzna z Warszawy zjawiskowo wyglądał, jak zszedł z wysokich gór i przyszedł do mnie. Zmęczony do granic, zziajany, z oczami jak spodki – „Bo się przeliczyłem z odległością”. Ale przyszedł. Rankiem nie był już tak okropnie zmęczony... ;).

 

Piąta:

Sauna z basenem. W saunie gorąco jakiego nie znałam. Gorąc idący z pieca na drewno rozpalał jakąś rurę do czerwoności i polne kamienie, które Mężczyzna z Warszawy polewał wodą. Basen był straszny – ściany wyłożone kamieniami, dno też jakieś ciemne. Nie sposób było stwierdzić jak tam jest głęboko. Było w sam raz, jakoś pod piersi. Woda w potoku, zimna jak psi. Malina! Przesiedzieliśmy w tej saunie dwie godziny.

 

No i doczekały się świnie swojej historii ;)

 

Mój prywayny chlewik  Komentarze (6)
18. lipiec 2010 20:59:00

Może niedorzecznie brzmi sformułowanie – rzuciłam alkoholizm, ale to najtrafniejsze określenie. Zrobiłam właśnie to. Rzuciłam alkoholizm i nie jestem ani AA ani abstyntką.

Bilans wygląda następująco:

Od jakichś dziesięciu lat piję niemało, oj niemało... Ale ostatnie cztery z hakiem, to już codziennie.

 

5 tygodni w Hiszpanii i weekendy  kiedy byłam z Mężczyzną z Warszawy, wspólne wyjazdy, może jeszcze jakieś pojedyncze dni – do odliczenia od tych 4 lat z hakiem, kiedy codziennie (ze wspomnianymi wyjątkami) kładłam się spać mniej, a częściej bardziej, narąbana. Butelka wina, potem dwie. Drinki, wódka, piwo, spirytus z sokiem grejpfrutowym. Każdego wieczoru chwiejnym krokiem szłam do łóżka.

Następnego dnia wracałam po swoich wieczornych śladach i odkrywałam, co do kogo napisałam, jakiego majla, jaki komentarz, jaką notką, co powiedziałam do Mężczyzny z Warszawy na gg.. Przypominałam sobie, że jadłam, bo kawałek ogórka znalazłam na podłodze. Piłam dalej. Żeby jakoś znieść te samotne wieczory, samotne noce, samotne zimy. Żeby się znieczulić. Żeby zagłuszyć słowa, których nigdy nie powinnam była usłyszeć, nie chciałam słyszeć, chciałam je zapomnieć.

 

Nie widziałam w tym nic złego, bo rano wstawałam do roboty. 8 godzin bez picia nie stanowiło problemu, nie brakowało mi alkoholu. Ale jak wracałam do domu, najpierw brałam piwo, wino albo drinka, skręcałam fajkę i wychodziłam z kotami do ogrodu. Wracałam do domu już lekuchno zawiana więc mogłam się zmierzyć z tymi pustymi czterema ścianami.

Aż przyszedł wieczór jeden. Narąbana wyszłam po Grześka. Kupiłam na stacji wafelka i fajki. Szam ulicą, paliłam papierosa i gryzłam Grzesia, bardzo starałam się iść prosto. Uświadomiłam sobie, że to niefajne jest. I piłam dalej, bo tak było trochę łatwiej, ale jakiś przebłysk był.

 

16-tego kwietnia piłam jakąś nalewkę. Na pewno była smaczna i mocna, bo innych nigdy nie miałam, ale czy to była kawowa, czy pomarańczowa? Nie pamiętam. Bardzo mocna była. Następnego dnia dostałam majla od Martyni. Zdziwiłam się, bo była to odpowiedź na mój list – nie pamiętałam, że pisałam do niej. Sprawdziłam, co jeszcze i komu. W poggaduszkach z Mężczyzną z Warszawy zdania do końca mają poprawną formę, ale treść im dalej w noc tym bardziej niejasna. Chyba to było nawet dość zabawne dla niego.

Sprawdziłam w poczcie „elementy wysłane”. Był też list do Mężczyzny z Warszawy. Skrawek zdania, zlepek słów. Do dziś nie wiem, co chciałam mu napisać... To moje smutki, boleść i lęki, ale co dokładnie chciałam mu przekazać pozostanie nieodgadnione, bo wywietrzało wraz z alkoholem.

No i wtedy mnie naszło – ta niechęć do picia. W momencie. Wyszła z jakichś głębin mnie, czy można weszła z zewnątrz, nie wiem. Jakiś tajemniczy mentalny esperal.

Nie wyjęłam piwa z lodówki. Miałam też wermut i dżin. Nalałam sobie toniku i wrzuciłam kilka kostek lodu.

I tak już zostało – piję okazjonalnie, znaczy w towarzystwie i nie na umór. W lodówce leżą piwa, bo zostały po poprzednim weekendzie i są bezpieczne, wolę herbatę z cytryną, która dodatkowo jest najlepsza na upały.

 

 

Za to świnie, to już całkiem inna historia. Może w końcu się jej doczekają ;)

 

 

 

17. lipiec 2010 14:12:00

Wyobraziłam sobie wielkie litery tytułu prasowego – Pan Stefan (lat 40) wygrał proces przeciwko firmie produkującej papier toaletowy Velvet. Absurdalny proces o odszkodowanie wysokości np. pięciu milionów złotych, gdyż firma oszukała pana Stefana (lat 40), który widocznie lubi czytać siedząc na sedesie i raz zapomniał zabrać do łazienki jeszcze ciepłe „Życie na gorąco”. Z braku laku sięgnął po rolkę papieru toaletowego. Czyta, czyta, że nigdy się nie kończy, aż tu nagle! Skończył się! W najmniej stosownym momencie! Co naraziło pana Stefana (lat 40) na krępującą sytuację – musiał zawołać swoją żonę, panią Zofię (lat 45), która ... I tak dalej. Przypuszczam, że Velvet tylko w Polsce pozwala sobie na tę obietnicę bez pokrycia, znając naszych sędziów kierujących się wciąż zdrowym rozsądkiem, co odbija się piętnem na takim np. panu Stefanie (lat 40) i innych oszukanych konsumentach.

 

Ukraiński papier toaletowy też mógłby pretendować do  braku końca. Jest go bardzo dużo na rolce, która nie ma tego pustego walca w środku. Zwinięty ciasno, nie jest zbyt cienki i nie ma miękkiego dotyku za to trwałością bije na głowę wszystkie wielowarstwowe rolki pachnące rumiankiem. Do czasu rumiankiem, ale zatrzymajmy się na tym etapie.

 

Kontynuując temat zbliżony do powyższego chcę oświadczyć, że psy w ukraińskich wioskach karpackich są traktowane bardzo dobrze i stalowo szara kupa z kup z kilku dni nie jest dowodem na brak dbałości o stróża obejścia. Im to zwyczajnie nie przeszkadza. Psu widać też nie, bo mógłby z wypróżnieniem poczekać aż będzie wypuszczony ze swojego małego domku z werandą, bo tak wyglądają tam psie budy.

Jest to duży podest z desek umieszczony na metalowej konstrukcji około metra nad ziemią. Ogrodzony czymś w rodzaju klatki z drzwiczkami. Podest jest tak duży, że mieści obszerną budę, obok której jest dość miejsca na polegiwanie i na wspomnianą kupę.

 

Pies był duży, w typie owczarka niemieckiego. Głośno szczekał – szczekała, gdyż pies był suką. Początkowo nie wiedziałam, jak wygląda jej życie, a że klatka robi zawsze przykre wrażenie (a’propos, śniła mi się dziś niebiesko granatowa papuga, przybłąkała się byłam zła, ze znów jakieś zwierze zabierze mi trochę przestrzeni). Było mi więc żal psa w klatce. Chciałam jej jakoś umilić to odcięcie od świata, ale się bałam. Co innego zagadać do psa wałęsającego się przy drodze i chętnego do rozmowy, a co innego pies przy budzie i do tego pies stróżujący.

Pierwszą próbę skończyłam jakieś półtora metra przed budą. Podchodziłam powoli, przemawiałam czule, a ona wciąż szczekała i migotała się w tym swoim obejściu.

Następnego dnia wzięłam czeburiaka (coś w rodzaju racucha z mięsem). Podeszłam na metr. Suka zaczęła robić przerwy w szczekaniu, przyglądając mi się i niuchając powietrze. Nie wiem czy czuła nieświeżego czeburiaka czy chciała wwąchać się w moje intencje. Zaryzykowałam. Podeszłam zupełnie blisko i dałam jej kawałek z ręki. Wzięła delikatnie, choć szybko, jakby nie miała do mnie zaufania. Ja musiałam jej zaufać, bo inaczej nie włożyłabym ręki między metalowe żerdzie.

Potem już kilka razy dziennie drapałam ją za uchem, trzymałam, za łapę – wydawałoby się przyjaźń na całego.

Aż do dnia, kiedy gospodyni wypuściła ją z budy. Wypuszczała ją regularnie, tylko ja nie trafiłam na taki moment. Tym razem byłam na podwórku. Sądziłam, że suka będzie na mnie skakała z radości, bawiła się, lizała. Nic z tego. Pierwszy raz widziałam tak wielkie przywiązanie i posłuszeństwo. Suka, która chwilę wcześniej, będąc za ogrodzeniem łasiła się do mnie, teraz miała mnie gdzieś. Skakała, namawiała do zabawy, usiłowała lizać, ale swoją panią. Tylko ona dla niej istniała, jakby świata nie było. A pani rzucała jej kawałki kiełbasy, a jak się suka za bardzo rozkokosiła, to karciła ją niezwykle ostrym, niskim głosem. Suka kładła uszy po sobie, a oczy miała szczęśliwe, jak zakochana Harley na widok Mężczyzny z Warszawy zsiadającego z motocykla na jej podwórku.

 

Pojechałam, wiem ;). Ale jestem szczęśliwa, jak on przyjeżdża, a że uwielbiam zwierzęta, to porównywanie do nich traktuję jak komplement. No, to się komplementowałam.

 

Za to świnie, to już całkiem inna historia.

 

...

worner | ja-diablica | angella | nasza-wiez | 100gwiazd | Mailing