Harley

jutro sformatuję, dziś muszę co inne  Komentarze (0)
16. maja 2014 22:07:00

Muszę  zrobić skrót do offica. Trudno go znaleźć w pewnych sytuacjach.

Gdzie by to?

400 metrów w lewo.

Nie, nie. Proszę prosto/

Po asfalcie płynniej.

Okropnie kręci mi się w głowie. Dziś nie dam rady więcej, a jutro będzie ze późno. Było, a nie jest.

Spać zanim będzie za późno.

Zwyczajnie późno.

Aronia zdrowa jest, tak mówią  Komentarze (3)
19. września 2013 20:44:00

Zrobiłam więc z niej nalewkę, no bo co innego bym mogła?

Słaba się wydawała – na smak i na rozsądek. Jakżeby inaczej skoro półtora litra wody i jedynie pół litra spirytusu, to trzy do jednego, a do tego jeszcze sok z owoców... Nie doceniałam znaczenia pojemności kieliszka.

 

Jednakże rzeczywistość w kontekście ilości zaprzecza faktom wynikającym z obliczeń.  A wszystko to przez oczekiwanie na rozmrożenie mielonych kotletów. Mężczyzna z Warszawy pojechał dziś z rana w siną dal (na wiosnę kwiatki rosną, lecz wiosna zbyt odległa na suknię cienką), to mogę puścić ograniczenia w niwecz.

 

Płody z ogrodu powoli się kończą. Śliwa ogołocona – robaczywki wylądowały w śmieciach „mokre bio”, zdrowe częściowo zjedzone, reszta przesmażona. Maliny zalane jedynie słusznym płynem, te co dojrzewają jeszcze zjadam na bieżąco. Dynia pęcznieje, nie wiem co z niej zrobię – zupę czy sernik dyniowy (pobrzmiewa czasami komuny, jak dżem pomarańczowy z dyni, ale przepis wydaje się obiecujący). Są jeszcze w dużych ilościach pomidory koktajlowe, za którymi nie przepadam.

 

Ale zanim wyjechał... Ogrzał, otoczył, otulił – spojrzeniem i ramionami, dotarł do zakamarków ciała i duszy, przygniótł, wyniósł na szczyty, ogolił się, cierpliwie zniósł strzyżenie.

 

Tylko szczap na rozpałkę mi nie narąbał. To zadowolona mam być, czy pretensje mieć? Nie mam. Poczekam, doczekam.

 

Szybko wietrzeje ta aroniówka. Dobrze, bo rano trzeba wyruszyć znów do fabryki, już bez etylinowego dopalacza – sezon rowerowy się zaczął.

 

 

Jeszcze mnie nosi...  Komentarze (0)
13. września 2013 22:40:00

Sądziłam, żem rozsądna w sprawach około finansowych. Jak dziś pamiętam dzień, kiedy to mój były mąż, skądinąd miły człowiek (dawno nie miałam z nim kontaktu, to łatwo mi przyszło napisanie tego  skądinąd) przyszedł z fabryki do domu i obwieścił, że chce podżyrować pożyczkę swojemu „przyjacielowi” ogólnie znanemu jako hazardzista z niebotycznymi długami.

 

Jako że byłam wówczas legalną i kochającą, kochająca nie ma nic do rzeczy, spoczywał na mnie obowiązek solidarnej zgody na żyrowanie.  Oniemiałam. Żart to, czy na głowę upadł? Minę miał poważną, na głowie ani śladu guza znakiem tego mówi poważnie. No to równie poważnie zaczęłam tłumaczyć, perswadować, ale na nic się to wszystko zdało. „Ja muszę, on jest w ciężkiej sytuacji. Mieszkanie mu zabiorą, dzieci, żona...” i jeszcze koronny argument „mnie tego nie zrobi”. Bo trzeba wspomnieć, że kilkoro znajomych już owy hazardzista utopił w swoje nie spłacane kredyty.  Bardzo wierzył mój wówczas mąż, skądinąd miły człowiek w swą wyjątkowość, jako i ja wierzyłam od chwili ujrzenia go i przez długie lata jeszcze.

 

Moja wiara poszła w niwecz pierwsza. A może i nie, zważywszy niespieszność bankowego wierzyciela w egzekucjach, w końcu odsetki to łakomy kąsek. Koniec końców mój wówczas jeszcze mąż, skądinąd miły człowiek, nie mieszkając już ze mną pod jednym dachem, bom się wcześniej spakowała i poszła w siną dal, musiał spłać dług człowieka, który „jemu miał tego nie zrobić”. Zrobił.

 

Nie przypuszczałam, że też kiedykolwiek dam się podobnie zrobić na mikado.

 

 

To chyba dobry pomysł...?  Komentarze (0)
13. września 2013 21:34:00

Sprawy komorniczej ciąg dalszy. Były kumpel, bo obecnym już nie jest, nie chce płacić. Ja wyboru płacić, nie płacić nie mam, komornik nie zadaje pytań. Pięści mam słabe, to ryja mu nie obiję i nie o komornika mi idzie. Trza inną bronią powalczyć. Wojna ta kasy mi nie zwróci, mogę liczyć jedynie na względną satysfakcję. Jeśli ta szmata mi faktycznie nie pokryje kosztów – kosztów finansowych, bo moralnych żadne pieniądze nie zwrócą -  zrobię użytek z internetu. Niech mi się w końcu przyda do czegoś ten posrany fejsbuk. Poczekam na wenę i opiszę krótko, lekuchno, z humorem acz dosadnie całą tę historię. Z podaniem imienia i nazwiska gada, ważąc słowa, by nie doprowadziły mnie przed wysoki sąd orzekający w spawie o naruszenie dóbr osobistych, jednocześnie ogłoszą światu z jaką to szują przyszło mi kiedyś pracować, obcować, przyjaźnić się i jakiemu niewdzięcznikowi zrobiłam przysługę.

 

Tak, taki mam plan.

 

 

"Jak upolować faceta"  Komentarze (0)
03. września 2013 23:15:00

Taki film sobie obejrzałam.

Ładna laska, przystojny facet, źli handlarze narkotykami, prawdziwe morderstwa. A wszystko lekko  łatwo i przyjemnie się toczy i szczęśliwie kończy. Samo życie, nieprawdaż?

 

Zależy jak się na nie spojrzy. Nie warto rozlewać kawy z powodu trzęsących się rąk. Uśmiechnij się, Harley! Życie to komedia romantyczna o lekkim zabarwieniu kryminalnym. I zawsze dobrze się kończy – na rękach niosą ;)

 

(wzsm - a szablon to jest standardowy blogowy, no prawie ;) z lekka tylko przerobiony, pewnie dlatego się uchował w tej zawierusze)

Konkurencja nie śpi  Komentarze (2)
29. sierpnia 2013 19:10:00

Wróciły odstępy między akapitami. Mały kroczek, ale do przodu. No to zostanę jeszcze..

 

Martynia zachęca do pisania o dopieszczaniu, lecz chwilowo sen z oczu spędza mi inny pan, na usta ciśnie się – kutas na określenie tego kogoś, ale to źle zabrzmi w kontekście :/), komornik.

 

 

Zrobiłam onegdaj przysługę kumplowi i fikcyjnie kupiłam od niego auto, bo rozwodził się z żoną, która narobiła długów na potęgę. Po dwóch latach sprzedałam to aut jego ojcu. Tatuś nie wypowiedział OC w PZU, a ja nie „wymeldowałam” tego auta ze swojego konta, bo nie miałam ani świadomości takiej konieczności ani umowy sprzedaży na papierze.

Po trzech latach albo i lepiej, w styczniu tego roku, dostałam przelew od pracodawcy mocno uszczuplony. Po nitce dotarłam do przyczyny – komornik zabrał sobie kasę za nieuregulowaną składkę OC. Kumpel dług uregulował i sądziłam, że na tym koniec.

 

Nic bardziej mylnego! Ostrzegam! Jeśli kogo dopadnie komornik niech nie sądzi, że szybko się od niego odczepi!

 

 

Po pół roku znów mam mniej kasy na koncie. Ta swołocz znów mi zabrała kilka stówek! Bo koszty, chuje muje... Od poniedziałku usiłowałam dowiedzieć się „ile jeszcze?”. Nie takie to proste. We wtorek ta pieprzona kancelaria komornicza dostała juz kasę i do dziś jeszcze jej „nie rozksięgowała”.

Poczytałam w necie i ciarki mnie przeszły. Bezkarna banda ci komornicy! Potrafią miesiącami trzymać kasę dłużnika na swoich kontach albo w depozytach sądowych, a odsetki rosną.

 

 

Kurwa, ja pierdolę – nie potrafię bardziej poetycko :/

Jutro napiszę pismo o wydanie dokładnego rozliczenia tego, co zabrał i co i kiedy z tym zrobił.

 

Tych bezsennych nocy nie wypełni mi Mężczyzna z Warszawy, bo wracając z nad morza rozdzieliśmy się – ja do domu, a on jeszcze na Suwalszczyznę. Siedzi tam sobie pod namiotem, w dzień pracuje potem pławi się w jeziorze i używa życia, korzystając z ostatnich porywów lata.

 

Też bym rada. Chociaż... Łóżko miękkie i ciepłe, a w namiocie alumata izoluje wprawdzie od zimnej matki ziemi, ale kości czasem bolą jak potłuczone. Coś za coś.

Azora dokarmiała sąsiadka  Komentarze (1)
27. sierpnia 2013 23:26:00

Nie było zagranicznych wojaży, Pojezierze Pomorskie ze zlotem pojazdów militarnych i trzy dni nad morzem w Stilo. Nie było paszportu w kieszeni, ale był nowy rekord w samotnym przelocie – 450 km samotnie, bez supportu, bo ja wyruszyłam w południe, a Mężczyzna z Warszawy dopiero po robocie o osiemnastej podążył w ślad za mną.

 

Zrobiłam w te wakacje ponad dwa tysiące kilometrów! Doświadczenie procentuje opanowaniem sprzętu. Była jedna niebezpieczna sytuacja – gwałtowny skręt w prawo z powodu zagapienia. Rok temu albo wjechałabym w ciężarówę albo leżałabym na asfalcie. Za rok może dwa pewnie bez większego trudu pochylę bardziej motocykl i skręcę. W tym roku, przestraszona zbył dużą prędkością gwałtownie nacisnęłam hamulec przy mocno skręconym kole. Pouczyłam, że motór już mi się kładzie. Puściłam hamulec, sprzęcior wyprostował się, przyhamowałam delikatniej i ciaśniej skręciłam. Udało się! Sądziłam, że są tylko dwie ewentualności – wjadę w tira albo glebnę. Była ta trzecia, dzięki niej wyszłam cało z opresji. Opalona, wypoczęta, dopieszczona wróciłam w poniedziałek do fabryki.

 

Taki tam telegraficzny skrót, choć o dopieszczaniu mogłabym się porozpisywać ;)

 

Taksówkarz wychował się tu, na górce.  Komentarze (0)
26. lipca 2013 00:40:00
Słabo tak na lekuchnym rauszu wracać do pustego domu. Nawet jeśli poz atrzaśnięciu drzwi taksówki Azor, kot mój wita mnie stęsknionym miaaauuu, nawet jeśli z rana, wychodząc do fabryki zamykałam drzwi zupełnie nie pustego domu. Nawet jeśli w komunikatorze mam wiadomość od najmilszego. To ja się obmyję i zmyję to "nawet jeśli" i położę ze wspomnieniem.
Trawnik  Komentarze (4)
12. lipca 2013 21:55:00
W tym nowym domu, nie własnym, wynajmowanym prawie za pół pensji – za drogim, ale dużym, żeby było dość miejsca dla każdego, czasami, bo Mężczyzna z Warszawy vel Hrabia vel Dochodzący (to chyba najwłaściwsze dla niego imię, ale że nie jest mi miłe nie będę go nadużywała), w tym domu, a dokładnie na jego tyłach zasialiśmy trawę. Trawnik założyliśmy. Rośnie sobie. Czasem się go skosi dla odnowy. Proszę mnie skosić. Albo sama to zrobię. Zwietrzała :/
Tu i tam. Tu czy tam? Z tym czy z tamtym?  Komentarze (1)
10. lipca 2013 21:41:00
Od nowa? Odnowa? Mam ich dwóch: http://harley.blogi.pl/ i http://harley.ownlog.com/. Dwóch, bo blog w liczbie pojedynczej jest rodzaju męskiego, a że posiadanie bloga w liczbie mnogiej nie było moim zamiarem, to przyjmuję wersję – mam dwóch, a nie dwa. Co zrobić z tym nadmiarem? Pokochać jak bliźnięta? Porzucić, zabić jednego z nich? Może dopieszczać każdego? W jednakowy, czy różny sposób? Zastanowię się jeszcze. Nie teraz. Muszę przygotować coś do jedzenia na jutro. Przychodzą dwie laski z poprzedniej fabryki. Poplotkujemy troszkę.
To jakiś żart?  Komentarze (3)
07. lipca 2013 20:38:00
Jak znudzony mąż - wyszedł po mleko i wrócił po 10 latach. Jak gdyby nigdy nic postawił mleko na stole w kuchni i usiadł na krześle nawet nie mówiąc - jestem. I to właśnie wtedy, jak zaczęłam romans z innym.
18. lutego 2012 00:17:00

Jak skończę się tytuł uadekwatni pewnie.

Pachnie mi wanilią, niedobrze. (nie trawię Kaczkowskiej – odbiegając od wanilii).

No, bo. Miałam juz nie palić, znów. Po roku czy dwóch...? Zaczęłam podpalać, okazjonalnie, rzadziej, częściej. I od dwóch dni dobrze żarło, ale dziś było wielkie sprzątanie (przy małym też by się to stało). Rozpakowywałam torbę z wyjazdu weekendowego i na dnie był tytoń. Mężczyzna z Warszawy go tam zostawił. Czyli jego wina. Przez niego zawirowałam znów z nałogiem na chwilę. Na szczęście nie przepadam za aromatami, to jest jeszcze nadzieja, że nie zmienię zdania tak całkiem.

A sprzątanie było niezłe. Wywaliłam sporo rzeczy, które przez lata wydawały mi się niezbędne teraz albo w przyszłości. Pamięć mam coraz gorszą, liczę, że minie nie zawiedzie i nie przypomni mi się nagle, że coś miałam, a właśnie wylądowało w kuble na śmieci.

 

Napisałam to jakoś dwa tygodnie temu. Nie dokończyłam, nie pamiętam nawet co miało być dalej. I tak zostało. Dochodziła druga w nocy. Dziś jest trochę wcześniej. Przyjemnie się lekuchno staczam z używkami i komedią romantyczną w tle, która jakoś mnie nie śmieszy ani pozytywnie wzrusza. Ale musiałam zamknąć przeglądarkę, bo zaczęły mi się już mętlić w głowie ogłoszenia z mieszkaniami do wynajmu. Tak, intensywnie zaczęłam szukać nowego mieszkania. Bez masakrycznego ciśnienia, nie jestem na bruku, ale mam dość tego miejsca. Nie mam już sił na noszenie drewna do pieca, na zwalanie śniegu z dachu – wczoraj jakaś tona zlądowała pod orzechem. Tym razem zdążyłam przed roztopami i nie mam nowego zacieku w kuchni. Tylko jakoś nie jestem z tego wcale dumna. Coraz gorzej znoszę kontakty a moją rozhisteryzowaną, niezrównoważoną, durną kamieniczniczką, która jesienią wywaliła ciężką kasę na kawałek kostki imitującej granit przed wejściem do domu i skalnik w ogrodzie, a skąpi na modernizację prechistorycznego węzła ciepłowniczego, porządny remont dachu czy choćby założenie ogrzewania rynny, żebym nie machała łopatą pod gwiazdami.

 

Piję sobie Coronę, której – jak powiedział taki jeden z fabryki, bywały w świecie – w Meksyku nikt nie pije. Namiastka. Jak większość w życiu mym. Choćby nie wiem jak prawdziwie imitowała prawdziwość.

Mam jeszcze trochę grzańca – gotowec z butelki. Rozgrzeje.

 

Pani tak, panu dziękujemy  Komentarze (7)
12. stycznia 2012 23:08:00

Papierosy i wódka rozwiązują mi język.

Robi się rozwiązany, czy rozwiązły? To się zobaczy z upływem słów.

Kalendarz wzbudził gorącą reakcję Mężczyzny z Warszawy i mojego przyjaciela Majkiego. Reakcję dla mnie zaskakującą i przykrą. Pierwszą czynnością Mężczyzny z Warszawy było odwrócenie go tyłem do widoku z komentarzem – Fuj! Majki wydawał identyczne dźwięki. Potem zaczęła się idiotyczna dyskusja z naczelnym argumentem, jakoby kobiece ciało było cud miód, bo niby nie od rzeczy kobiety zwane są płcią piękną, a facet jest brzydki. Wzburzyłam się, przyznaję, i zapomniałam przypomnieć rzeźby starożytnej Grecji przedstawiające przynajmniej pół na pół postacie obu płci, jeśli nie z przewagą męskich ciał. Na nic argumenty o równości, o skrajnej subiektywności ich poglądów. Zadziałał najdurniejszy z argumentów, że to mój słup i wieszam na nim co chcę. Przestali odwracać kalendarz plecami na zewnątrz, a miałam kretyńskie łzy bezsilności tuz, tuż, więc zmieniłam temat.

Wczoraj zapytałam kumpli z fabryki, czy będą mieli coś przeciw, jeśli przyniosę kalendarz z roznegliżowanymi rugbistami. Dostałam pozwolenie.

I już nic z tego nie rozumiem. Kompleksy? Jakie? Ani Mężczyzna z Warszawy, ani Majki nie mają powodu ich mieć. Stwierdzam to pomimo nieznajomości pełnej okazałości Majkiego.

Zawiedli mnie. Swoim uporem i – przepraszam za słowo, bo nie lubię go – szowinistycznym podejściem do tematu.

Zastanawia mnie, czy Mężczyzna z Warszawy całując mnie i pieszcząc, ma w ramionach mnie, czy jakie bądź kobiece ciało. Czy towarzyszy mu i pomaga wyobrażenie wszystkich pięknych dziewczyn z kalendarzy w czynieniu wspaniałości wynoszących mnie ponad rzeczywistość. Pozornie jedno z drugim – kontrowersyjny kalendarz z naszym sam na sam - nie ma związku, pozornie. Ja węszę zależność.

 

No i na rozwiązłość nie ma już czasu. Muszę położyć się spać przed północą, bo to zasypianie przy biurku w fabryce jest upiornie męczące.

 

 

 

Dwanaście  Komentarze (2)
06. stycznia 2012 22:55:00

Dwanaście, bo dwanaście miesięcy ma rok.

Kupiłam sobie kalendarz na ten nowy. Z gołymi facetami. Doskonały jest!

Żadnych uwodzicielskich spojrzeń. Napinania, wyginania, nic z tych rzeczy. Goście w naturze swej doskonałej czarno-białej.

Zabiorę do fabryki. W domu na ścianach miejsce jest zarezerwowane dla golizny mej własnej, a pomiędzy ścianami tylko Mężczyzna z Warszawy może paradować bez ubrania.

Mam nadzieję, że koleżeństwo służbowe się nie zbulwersuje.

 

Trzy wciąż czeka. Nie mam jakoś weny do pisania. Trzy miało być o naszych ostatnich wakacjach w krajach byłej Jugosławi z dodatkiem Kosowa. Dobrze je wspominam. Może mnie natchnie i będzie i o nich.

Tymczasem dobija mnie ciemność. Wstaję – ciemno. Wracam – ciemno. Jasność i słońce przesiaduję we fabryce. Spoglądam w okno i mam plany - pomiędzy obowiązkami - czego to ja nie dokonam po wyjściu na wolność. Wychodzę z wrażeniem, że wychodzę w noc i powinnam zaraz położyć się spać. Zmiana fabryki była korzystna finansowo, tylko ta nowa jest dwie przecznice od domu... Ludzie powiedzą – ciesz się, masz tak blisko do pracy! 8 minut piechotą, wliczając windę na czternaste. No właśnie – piechotą. Rower rdzewieje ruszany od wielkiego dzwonu. Dupsko rośnie, talia nigdy blisko osy teraz dobija hipopotama. Nie wierzyłam w spalające działanie dojazdów do roboty. Błąd. Wierzę. Nie chcę zmieniać, nieźle płacą, a na rynku żywym towarem atrakcją nie jestem, więc wystawiać się nie chcę. Trzeba inaczej wrócić do stanu oglądalności. Oglądalności własnej i Mężczyzny z Warszawy. Mówi, że jest OK, ale już ja wiem swoje. Nie będę się z nim w tej kwestii przekomarzała, bo musiałabym wytoczyć argumenty... Właśnie – wytoczyć :/

 

W środę wróciłam na WF. Dziś znów byłam i tak już będzie – będę tam znów regularnie.

 

Pierwszy raz piszę w tym miejscu, miejscu w pokoju. Przemablowałam, a właściwie przmablowaliśmy. Mężczyzna z Warszawy brał w tym udział fizyczny i intelektualny – zaakceptował projekt i efekt też. Poprzednio wchodziło się do sypialni, bo pierwsza w oczy rzucała się kanapa. Teraz wchodzi się ... powiedzmy – do gabinetu, bo w miejscu kanapy stoi biurko, a za nim regały z książkami. Kanapa jest za węgłem, wygospodarowała się tym samym sypialnia. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Przebudzenia mam zdezorientowane, potrzebuję chwili na zastanowienie, gdzie jestem. Często jestem z nim i to mnie ustawia prawidłowo w przestrzeni. I czasie? Czas zapitala niepotrzebnie tak szybko...

 

Podobno nowe egzaminy na prawko mają odłożyć do czerwca.  Oby. Ten pomysł z omijaniem przeszkody jakiś chory jest. Bo kto o zdrowych zmysłach nie zwolni widząc coś zagradzającego drogę? Plan na ten rok – kategoria A.

 

Nieźle zabrzmiało, a tyczy jedynie prawa jazdy na motór. No, może nie tylko? Zważywszy te dywagacje około zwierzęce oscylujące pomiędzy osą i hipopotamem.

 

Aha, i mam na tym kalendarzu autografy dwóch modeli :) Taki private styczeń i sierpień :D

 

Sześć?  Komentarze (0)
22. grudnia 2011 00:46:00

Dwa dni temu puściłam totka. Zgubiłam kupon.

Czy numery 8, 9, 13, 30, 36, 42 były na nim?

 

 

 

 

 

02. października 2011 22:31:00

Zanim nastąpi Trzy, a mam nadzieję w końcu to Trzy napisać, niech się spełni Czwórka, bo dziś, proszę państwa, plan był minimalny – pojechać na myjkę dwa kroki od garażu. Kolega Majki ze mną się wybrał zmyć pieczarki z Bzyczka.

Umyliśmy.

Trzeba mi było jeszcze zakupy zrobić, bo lodówka pusta.

- Nooo, blisko do Reala... Dasz radę..

Opierałam się krótko. Pojechaliśmy.

- Jeszcze coś na szybki obiad, bo nie jadłam nic od rana – powiedziałam tuż przed kasą. Zajrzałam do koszyka – W sumie jest kurczak... Można z curry zrobić...

- Zapraszasz mnie na obiad? – zapytał Majki.

- No.

- Jeszcze muszę do Kaznzasu, ale dobra, to po obiedzie... Chociaż... Fajnie byłoby piwko do obiadu... Śmigniemy do Kanzasu razem, dasz radę.

I znów mnie przekonał! Śmignęliśmy. I wróciliśmy. Tam razem nie zrobiłam nic głupiego. Jechałam ostrożnie, ale bez paniki i bez lęku.

Jestem z siebie dumna!

 

 

 

 

 

16. września 2011 23:52:00

Można się tam objadać świeżymi figami. Winogrono niestety mi nie służy.

 

 

 

 

15. września 2011 22:46:00

Są jeszcze w Europie miejsca bez tesko i makdonalda.

Jakież to było kojące.

A na dokładkę drogi nie są tam dziurawe.

 

 

 

Tytuł byłby frywolny  Komentarze (4)
12. sierpnia 2011 18:12:00

Czekanie zwykle nie kojarzy mi się dobrze. Jednakże jest czekanie, które mnie zachwyca. Kiedy czeka na mnie Mężczyzna z Warszawy. Z poświęceniem i skutecznie...

Wspomniałam to dzisiejsze czekanie we fabrycznej toalecie. Zapach wkładki higienicznej to sprawił. Zmieszany mój z jego. Ciężko było się potem skupić przy wznawianiu kolejnych zwalonych w poniedziałek procesów.

 

 

Niewiele więcej od kury  Komentarze (3)
07. sierpnia 2011 17:10:00

Nienawidzę i kocham cud-logo, które dostałam w postaci kiepskiej jakości kseor zeskanowane do pliku pdf. Trudno pozostać obojętnym do czegoś, z czym obcowało się dziś cztery godziny, wczoraj dwanaście i po kilka godzin w dni wcześniejsze. Jakbym miała więcej zwojów nie zdążyłabym wejść z tym obrazkiem w tak głęboką relację, bo opanowałabym fotoszopa w sekund pięć i nie bujałabym się z pojedynczymi pikselami, tylko użyłabym jakichś tajemniczych zaawansowanych możliwości tego wypasionego softu i w jeden dzień sprawa byłaby załatwiona.

Ale zwojów już na starcie dostałam może nie tyci, jednakże mało. Za mało w zestawieniu z potrzebami. Potem przez lada dbałam, by ich ilość jeszcze pomniejszyć: alkoholem, trawą, fajami i brakiem snu (o upływającym czasie z jego destrukcyjnym działaniem nie wspomnę).

 

Natworzyłam więc warstw od zarąbania, bez ładu i składu i zrobiłam coś – nie wiem co, ale uniemożliwiło mi to skutecznie zmianę koloru niektórych pikseli. Stanęłam przed ścianą. Głową, jako się rzekło, jej przebić szans nie miałam, to obeszłam sposobem (nie od razu na to wpadłam :/). Zapisałam toto w jotpegu, otwarłam potem jako psd i poszło – wszystkie piksele były już moje!

 

Skończyłam z nim. Nie koniec to jednak uświadamiania sobie marności umysłu mego. Trzeba teraz przygotować webową otoczkę temu obrazku. Nie umiem, nie wiem, nie znam się! Ale ciaćki są do wzięcia, więc nie ma zmiłuj.

 

Plus minus i biało-czerwone paski...  Komentarze (3)
05. sierpnia 2011 21:33:00

Wstawanie po drewnie łatwe nie było. Wieczorem miałam WF zwany Spartą – nazwa niezwykle adekwatna do męczarni – to się rozruszałam. Przewidując jednak pogarszanie się stanu mięśni, głównie pleców, kupiłam sobie na jakiejś małejcence godzinny masaż relaksacyjno-leczniczy i zapowiedziałam się u masażysty na dziś po fajrancie.

 

Kilka dni temu był też biotron do wzięcia. Zawsze mi pomagał na różne, nawet zadawnione,  kontuzje. Zastanawiałam się brać, nie brać? Ale po co? Nic mi nie jest. A dziś byłby jak znalazł, bo łokcie mam już prawie - jebanego – tenisisty. One najszybciej mi siadają, łokcie to moja pieta. WF-em ich nie doprawiłam, bo pompek było niewiele, a i tak robię je na pół gwizdka.

 

Przydałoby się też pedicure z dłońmi w zespół. Po długich poszykiwaniach mam w końcu sandałki na koturnach, z odkrytymi palcami są. Nigdy nie miałam takich uprzedzeń, jednakże dowiedziałam się w szatni po WF-ie, że niumalowanych paznokci u nóg „się nie po-ka-zu-ja!”. Dziś je pokazałam /.

 

Tak sobie siedzę, piszę, słucham Trójki – lista przebojów leci, jakby nic. A gdzieś tam, nawet nie wiem gdzie, wiem jednak, że się powiesił. Nie wiem dlaczego i czy na krawacie ( przepraszam za żart niestosowny). Co mu w duszy grało, co głowę zaprzątało?

 

Mężczyzna z Warszawy napisał, że oddałby kiełbasę, żeby się dowiedzieć dlaczego to zrobił „nowych spraw chyba nie miał, pewnie sie nie zakochał nieszczęśliwie, no to co...”

No właśnie – no, to co?

 

A żeby nie kończyć tak filozoficznie – mam na oczach soczewki. Tak, podjęłam tę próbę i rozpoczęłam drogę przez mękę z dobieraniem odpowiednich mocy, by widzieć w oddali szczegóły wszelkie. Łatwo nie będzie przy moim astygmatyzmie. Najtrudniejszy będzie okres przejściowy i żonglowanie soczewkami, starymi okularami do dali i starymi do czytania. Trzeba będzie kupić plusy w rossamnie, bo póki nie będą miała pewności w czym dam radę czytać nie wydam więcej niż 8 zeta na nowe do czytania. W tych starych też kiepsko sobie radzę, ale mniejsza, już sama się gubię w konfiguracjach dioptrii na plusie, na minusie, osiach cylindrów.

 

(Kurde! Znów gdzieś przynieśli krzyż...)

 

 

Zarzuty bez pokrycia  Komentarze (4)
03. sierpnia 2011 00:55:00

Entuzjazmu to mi chyba nie brakuje. Z wielkim dziś od rana zabrałam się do poprawiania błędów we fabryce, co by wszystko się zgadzało w dalszych obliczeniach. Z jeszcze większym szukałam dla Mężczyzny z Warszawy sklepu w Suwałkach albo okolicy, gdzie mógłby kupić albo naprawić zasilacz samochodowy do kompa. Bo takie miał ciśnienie na łono natury, że półtora tygodnia temu zapakował namiot, laptopa i inne takie na motor i pojechał pracować nad Brożane. Dziś przed południem dostałam wiadomość tekstową, że potrzeba mu pomoc, to się zanurzyłam w necie, telefonowałam do sklepów, pisałam kwt do Mężczyzny z Warszawy. Szczegółów awarii i jak się wszystko skończyło dowiedziałam się niedawno na gg:

 

„ten na a... z Suwałk wymienił kondensator w spalonym zasilaczu, powiedział ze nadal nie działa bo pulsuje prądem - ale podłączyłem go i ładuje, wygląda że działa.

Zaczęło się od tego, ze rano jak zwykle podłączyłem kompa, za chwile miałem lekki dymek, po chwili kłęby dymu bo paliła się izolacja, a za chwile otwarty ogień, pod siedzeniem. Zdążyłem odłączyć od akumulatora zanim zapaliłyby się inne kable, już się przytopiły, zwarcie w gnieździe zapalniczki było, kombinowałem, izolowałem, w końcu jakoś podłączyłem i był by dobrze, tylko odwrotnie klemy do akumulatora podłączyłem i spaliłem zasilacz laptopowy, a w końcu dzień z ładną pogodą się trafili, to trochę żal mi było wyjeżdżać, no i stad cały ten zgiełk.”

 

Jeszcze było: ” dzięki ! nie wiem jak się odwdzięczę.”

 

Z entuzjazmem równym temu od obowiązków służbowych koordynowałam telefonicznie – z fabryki - dostawę drewna. Junior zadbał o możliwość wjazdu ciężarówą na podwórko, odebrał, zapłacił. A największy entuzjazm musiałam wykazać przy schowaniu drewna do komórki. Mało było, dwa mery brzozy i dwa dębu. Na sztuki 625 kawałków. Każdy miałam w rękach dwa razy, bo przed wejściem do komórki leży od blisko roku sterta piachu (nie chce mi się pisać czyja i po co, nie moja w każdym razie), więc drewno trzeba było najpierw przerzucić pod drzwi, a potem układać na stosiku. Zajęło mi to, kurwa, pięć godzin! Starzeję się :/

Przez całe to zamieszanie nie zalogowałam się do zombiaków i jeden mózg przeszedł mi koło nosa! A zbieram na taką laskę, co cieszy zombiaki. Na szczęście dostała mózga w nagrodę za wygrany atak.

Czyż ja nie jestem entuzjastyczna...?

 

 

 

 

Z górki na pazurki  Komentarze (2)
02. sierpnia 2011 00:25:00

Tak się zastanawiam jaka to różnica czy palę czy nie. Jaka to różnica czy przed czy postawie przecinek. Czy piję czy nie. I inne różne takie czy robię czy nie. Na długość życia i tak nie ma to wpływu, bo ona z góry podobno ustalona. Mówią o tym przeznaczenie.

Pamiętam o swoich obowiązkach – muszę rano wstać do fabryki, ze świeżą głową, bo mój doświadczony zmiennik na urlopie i ja nowicjusz sama na placu boju. Jak na razie radzę sobie. Pamiętam o zimie, nadejdzie i trzeba się do niej przygotować. Przygotuję, tak się złożyło, że jutro.

Robię postępy w fotoszopie. Cieszy :/.  I nie żebym sobie zmarszczki wygładzała.

Kończy się Amber naturalny, znaczy pora spać. Opowiedziałabym więcej, ale może za jakiś czas albo i nie. Smutek mnie odwiedził i siedzi, skurczybyk, głęboko. Coraz trudniej go wykopać za drzwi.

 

Pisać? Nie pisać?  Komentarze (1)
25. lipca 2011 23:37:00

Skojarzenie z wielkim hamletowskim dylematem byłoby niewybaczalnym nadużyciem (MS Word poprawił mi rz na ż, ułomność moja, jedna z wielu wylazła na światło). Nie mam weny ani dla wzlotów ani zlotów. Ani dla spostrzeżeń o postępie zauważalnym przez robaczka zabłąkanego w wędrówce przez codzienność do wyremontowanego gabinetu lekarskiego. Ani do refleksji wywołanych obserwacjami zachowań ludzkich ludzi bliższych mi i dalszych. Zabawne są, pouczające niekiedy i przygnębiające czasami.

Dziś  byłam z młodymi z rodziny w przybytku, gdzie dają pizzę (zgrabnie ominęłam trudne słowo określające ten rodzaj knajpy, nieprawdaż?). Młodzi byli płci przeciwnej. Nie sądziłam, że kelnerka, dla mnie zwyczajna, może wywołać tak silne emocje. U obydwu. To było pouczające.

Nie będę wybiegała w przyszłość dalej niż na chwilę. A za chwilę idę pod prysznic, potem położę się spać.

Inwestycja  Komentarze (5)
25. maja 2011 22:41:00

Ile zainwestowali? Nie wiem.

Po co? Rzekomo w dalszym przełożeniu dla zwiększenia wydajności.

W co?

1. Wielki autokar na 3 dni.

2. Paliwo na jakieś 800 km.

3. Hotel z pokojami od 290 do 360 za dobę i apartament za pińcet.

4. Żarcie. Piwo i wóda ile ludzie dadzą radę w siebie wlać.

5. Gryl.

6. Spływ kajakami Czarną Hańczą.

7. Kolacja na statku pływającym po pięknych okolicznościach przyrody w augustowską noc.

 

No i oczywiście delegacje dla wszystkich i majl wysłany do tych, którzy by coś mogli od nas chcieć w poniedziałek lub wtorek, że nas nie ma, bo jesteśmy na „wyjeździe szkoleniowym”.

 

No to się zintegrowałam.

 

Tak się bawi, tak się bawi, moi drodzy, (...) moja nowa firma. :/

 

 

 

 

 

Kamienie  Komentarze (6)
03. kwietnia 2011 23:34:00

Planowałam łikendowe włóczenie się po giełdzie kamieni, z zakupami rzecz jasna. Na planach się skończyło.

W piątek przyjechały dzieci, więc w sobotę nie poszłam, bo wyjechały późnym popołudniem. Wieczorem przyszedł Majki z depresją. Wypiliśmy wino.

W niedzielę przyszła do mnie już sama depresja i odebrała mi chęć na kupowanie błyskotek. Wieczorem poszłam do Majkiego zobaczyć jak mu idzie remont.

- Chcesz kanapkę z pomidorem? – zapytał.

- Nie chcę.

- To masz. I pół piwa.

Fakty są niezbite – jestem stara, brzydka, gruba, nic nie umiem, niczego w życiu nie osiągnęłam i żyję mrzonkami. No, to pa. Muszę się ogarnąć w sobie i ogolić nogi.

 

A w merolu trzeba było naprawić alternator i wszystko z prądem wróciło do normy.

Prawdziwy test  Komentarze (5)
21. lutego 2011 23:22:00

Palce u nóg mi zmarzły i czoło i nos. Przeczuwałam, że musi być zimno. Ale co zrobić, dojechać trzeba.

Dopiero około południa dowiedziałam się we fabryce, że rano było minus piętnaście!

Że też nie spojrzałam na termometr przed wyjściem z domu... Zostawiłabym rower w komórce.  Eee, chyba lepiej. Przynajmniej przekonałam się, że rękawiczki – gwiazdka od Mężczyzny Hrabiego z Warszawy – mam ciepłe i czucie w palcach zachowało się do samego końca :)

.

 

 

Fachowcy  Komentarze (3)
19. lutego 2011 00:05:00

Nie sprawdziłam wciąż tych płynów ustrojowych vel elektrolitów. Brak czasu, chęci, motywacji? Ech, nie oszukujmy się, zwykłe to lenistwo.

Jutro. Jutro to zrobię, bo mam prostownik. Nowiutki jakiś, bo nieprzyzwoicie czysty, made in germany. Zanim podłączę podejmę próbę sprawdzenia poziomu elektrolitu, jak się nie uda podłączę i tak. W pudełku jest instrukcja obsługi – dam radę.

 

Prostownik pożyczyłam dziś od męża koleżanki – urodziny miała i wódkę postawiła (rzuciłam alkoholizm, nie wódkę i w przeciwieństwie do tego „niemoty”, który się kłóci zawzięcie z aa-alkoholikami) wypicie piwa, wina, drinka, wódki nie ciągnie mnie za włosy w nałóg na powrót. Co dziwne jest, acz pozytywne. Ale wracając do tematów prądu zmiennego transformowanego na stały – dwa dni temu we fabryce rzuciłam na stołówce, że mam potrzebę ładowania. Dziś mi jeden zdał raport treści następującej:

 -  naszym boksie nikt nie ma prostownika, ale zgodnie doszliśmy do wniosku, żebyś przywiozła akumulator tu do elektryka i on ci wszystko zrobi.

 

Jakoś nie zdziwiła mnie ta rada. Jak się facet nie zna, nie chce mu się albo czegoś nie ma, to odsyła do fachowca...

 

 

Dzięki, babeczki, za wsparcie i wskazówki. Podążę ich tropem. Choć nie wykluczam opcji fachowca... ;)

.

 

 

 

 

Czy jest na sali fizyk?  Komentarze (3)
14. lutego 2011 01:19:00

Fizyk mi niezbędny! Nie musi być jądrowy, całkiem zwyczajny mi wystarczy.

 

Bo tak: jest akumulator 62 Ah (amperogodzin – dla tych, co nie wiedzą, ale jesli nie wiedzą, to mi się nie przydadzą ;)), jest też prostownik wyskalowany na  34 Ah – 45 Ah, volty w obu urządzeniach się zgadzają – 12.

Ładowanie trwało 18 godzi i nic. To znaczy nie zaświeciło się zielone światełko w takim oczku w akumulatorze.

 

Teraz pytanie.

Czy tan prostownik naładuje taki akumulator? Jeśli tak, to jak długo trzeba go ładować? Jeśli te 18 godzin powinno wystarczyć, to czy akumulator jest zwalony?

 

No bo nie wiem, czy płożyć lachę na akumulatorze, czy szukać stosownego prostownika?

 

Uzupełnienie:

1. Poziomu elektrolitów nie sprawdzałam. Akumulator jest czarny jak smoła i nieprzezroczysty :/, ale jak pani Doktor zleciła, to trza zajrzeć do środka :) (jak wrócę z fabryki, na wieczorny obchód wynik badania będzie gotowy).

2. Wiek akumulatora nie sięgnął jeszcze roku.

 

P.S.

We fabryce powiesili nam na ściane portrety przywódców :D. Uśmiechnięci kierownicy! Każdemu z zaciśniętej pięści sterczy we wzwodzie kciuk. Jeden sie wyłamał i po amerykansku skręcił palce w kółeczko.

Organizacja, to cos więcej niż korporacja nawet. Spitalaj stąd, Harley, spitalaj co sił!

 

 

 

 

Co się komu podoba  Komentarze (2)
28. stycznia 2011 20:15:00

Podobno wniosek jest już podpisany przez wszystkich świętych i czeka tylko na klepnięcie jakiegoś prezesa o obco brzmiącym nazwisku. Trzeba będzie zaryzykować w poniedziałek i mając zapewnienie tylko „na gębę” położyć papier kierownikowi. Prosiła mnie o to, ta co ma być moją szefową. Wczoraj mówiła do mniej zdrabniając moje imię.

A nasz pierwszy kontakt był dość specyficzny, a było tak:

 

Dałam Bazylowi cv i czekam. Czekam, czekam, czekam. Aż któregoś dnia dzwoni mi telefon. Numer nieznany. Ja akurat w stadium „nie cierpię telefonów, dajcie mi wszyscy święty spokój!”, więc odebrałam i z wściekłością w głosie warknęłam „halo!”. A tu jakaś baba mnie pyta czy ja to ja, czym mnie jeszcze bardziej wnerwiła!

Jakoś obcesowo odpowiedziałam w rodzaju „o co chodzi?!” i wówczas gościówa się przedstawiła… Chyba zbladłam! Ale starałam się zachować zimną krew i już z uśmiechem przeprosiłam za nieprzyjemny ton, ale mam dużo niechcianych telefonów, które mnie męczą i stąd moje zniecierpliwienie. Babka wydała się spokojna, że niby nic się nie stało…

 

Wczoraj mi Bazyl napisał:

„w ogóle mówiła, że jej się spodobałaś jak pierwszy raz zadzwoniła, a ty odebrałaś z głosem jakby „czego?”. Przedstawiła się i ty wtedy zmieniłaś ton i zaczęłaś tłumaczyć, że w kółko dzwonią i marudzą. Spodobało jej się chyba, że będziesz asertywna…”

 

Ciekawe czy byłaby równie zachwycona wiedząc, że dziś w nocy zakończyłam obsługę awarii o 2:30, położyłam się spać i kiedy o 5:30 zadzwonili z centrum nadzoru z informacją o alarmie na jednym z serwerów powiedziałam „dziękuję”, odwróciłam się na drugi bok i smacznie spałam dalej do samego rana. Chyba też by jej się spodobała tak perfekcyjna asertywność…

 

 

Jeszcze nic się nie stało  Komentarze (8)
19. stycznia 2011 00:13:00

Jestem na „tak” - usłyszałam dziś na koniec rozmowy, która rozpoczęła się pytaniem:

– Co panią tu sprowadza?

- Chcę tu pracować.

 

Czekam teraz na kwity – przyrzeczenie zatrudnienia, czy jakoś tak. Pierwszy raz coś takiego dostanę (o ile dostanę). I będzie to drugi raz (jak będzie) kiedy złoże wypowiedzenie. Zwykle likwidowali mi fabrykę albo jej znaczną część i raz mnie wywalili.

 

 

Się skończył i zaczął  Komentarze (5)
06. stycznia 2011 00:34:00

Dobry rok to był. Dobry, nawet lepszy niż. Aż boję się nadeszłego.

Dziś rozmawiałam ze znajomymi o zależności. Wieku, wyobraźni i lęku.

Właściwie czego się bać? Co ma być, będzie.

 

Co miało być, było.

Co mogło być, a nie było. Widać nie mogło być.

Wolę zamknąć oczy i nie widzieć co może być i co nieuchronnie będzie. Przygotowuję się do tego. Próbuję.

 

Ale żeby w takim rzewnym nastroju nie kłaść się spać wspomnę dzisiejszą scenkę z fabryki.

Kolega, zapalony rzeźbiarz sylwetki przyniósł miesięcznik z mięśniakami – znaczy, przepraszam, magazyn kulturystyczny. Przejrzał go i, jak zwykle, przyniósł mi go na biurko – do poczytania i pooglądania z rekomendacją – Ten to ma nogi! – I pokazał zdjęcie.

 

- Matko! Ja bym tego w życiu do domu nie wpuściła. Wybudowałabym budę w ogrodzie!

 

Podobno się nie znam.

 

Szanowna Pani  Komentarze (3)
22. grudnia 2010 22:46:00

Szanowna Pani została niniejszym poinformowana o wybraniu do kolejnego etapu rekrutacji na stanowisko...

 

A następny etap, to spotkanie z jakimś ważnym dyrektorem w stolcu. Termin zostanie ustalony po Nowym Roku.

 

Szanowna pani zaciera ręce.

 

Może je sobie pozacierać, bo i tak już większego użytku z nich nie zrobi na dachu. Śnieg szanowna pani zwaliła lecz z grubym i wielkim kawałem lodu rady dać sobie nie może. A pod tym lodowiskiem jest, jak zwykle bajoro, które wlewa mi się do kuchni. Rynna skuta lodem, dziura w murze oporowym (czy ogniowym – nie pamiętam nazwy) do odprowadzania wody do rynny również cała pod lodem. Pozostaje wycierać wodę i liczyć na mróz.

 

Mężczyzna z Warszawy zwalał śnieg, dwa razy. Ale pojechał w czas odwilży. Niefart. Bo ostatnia partia spadłego z nieba białego puchu została na dachu. Mokry był tak, zachęcający do ulepienia bałwana ;) Szkoda, mogłam ulepić, nawet ze trzy. Widział kto kiedy bałwany na dachu?

Zabrakło mi szaleństwa. Za to pomysłowości resztka podpowiedziała – wezwać dozorcę na pomoc.

Pomocy nie odmówił i odmówił zarazem. Dziś się nie zjawi, jutro po południu przyjdzie. Co tam pogodynka mówi o temperaturze...?

 

Niedyskretne pytania  Komentarze (5)
13. grudnia 2010 22:49:00

Sprawa butów wróciła na tapetę tydzień temu. Byliśmy u kumpla, który rai mi robotę lepszą niż mam. Rozmawialiśmy o tym czego mogą ode mnie chcieć na rozmowie, kto na niej będzie i po co.

 

- Ale jak będzie taka pogoda, to ja nie mam butów, bo przecież w glanach nie pójdę – zaskamlałam żałośnie.

 

I posiałam ziarno, bo następnego dnia Mężczyzna z Warszawy zgadnął – Jak nie masz butów na tę rozmowę, to ja mogę...

- Nie, nie, żartowałam. Dam radę.

 

Śniegu dziś może nie po pachy, ale na subtelne prunelki zbyt dużo. Wzułam więc buty sprzed dwudziestu chyba lat. Trzymają fason – zamszowe botki za kostkę, dość wysoki gruby kwadratowy obcas (stabilny) i lekko pogrubiona podeszwa, Bata – z zewnątrz całkiem nieźle się prezentują, a o zmurszałej wyściółce w środku nikt wiedzieć nie musi ;). Wzułam je dziś, bo na dziś została przesunięta rozmowa rekrutacyjna, która miała się odbyć dwa tygodnie temu, lecz śniegi wystraszyły panią dyrektor ze stolca.

Kiedy te dwa przeszło dwa tygodnie temu zadzwoniła zawiadomić mnie o zmianie terminu chyba nie zaplusowałam, bo na wieść o trzynastym wypaliłam – Też sobie pani termin wymyśliła!

Natychmiast  się zmitygowałam i przeprosiłam, wyjaśniając, że to oczywiście żart. Pani zapewniła o szczęściu niesionym przez tę datę chyba ze trzy razy czym mnie ździebko uspokoiła – znaczy poczucie humoru ma.

 

No zobaczymy. Co też tym szczęściem dla mnie będzie. Gadali ze mną prawie godzinę i było ich sztuk cztery. No, trzy, bo czwarty, to mój kumpel i pytaniami mnie nie męczył.

Najdociekliwsi byli tacy dwoje – ta dyrektorka i gość też ważny (nie zapamiętałam ani nazwiska, ani funkcji). Pytali, ja odpowiadałam, a wszystko było takie, kurna, mądre, że powtórzyć było mi potem trudno, kiedy zdawałam relację Mężczyźnie z Warszawy :/.

Po mnie przepytywali mojego kontrkandydata. W pół godziny się z nim uporali. Podobno on z tych młodych wilczków, żądnych wiedzy – przynajmniej tak się sprzedawał.

W ciągu dwóch tygodni ma być informacja które z nas dostąpi zaszczytu spotkania oko w oko z jakimś ważnym dyrektorem ze stolaca, ważniejszym niż owa pani dyrektor przepytująca mnie dziś tu na miejscu.

W sumie może ta cała ważna komisja już wie kogo woli – panią z doświadczeniem, czy chłopca z żądzą (wiedzy ;)). Mogli nas sobie obgadać na wszystkie strony w drodze powrotnej w pociągu.

 

Trzymajta kciuki za długoletnią praktykę, doświadczenie zawodowe, znajomość szerokiego spektrum zagadnień i inne takie mieszczące się na trzech stronach mocno streszczonego  życiorysu zawodowego! Bo, że żądze we mnie drzemią przekonywać chyba nie muszę ;)

 

Aaaa.. i zapytali podobno czy ze mną coś nie tak, bo na pytanie o największy sukces życiowy (niekoniecznie zawodowy) nie powiedziałam, że urodzenie dziecka itp, bo podobno kobiety tak mówią. Kumpel wyznał, żem po rozwodzie, ale mam super syna, muzyka.

 

Ja tam uważam, że bycie moim super synem jest zasługą głównie mojego super syna, to co się będę podszywała pod nieswoje sukcesy...

 

Życiowe dylematy  Komentarze (6)
14. listopada 2010 21:39:00

Znów zaliczyłam mały lansik galeryjny z lekka militarnie się wystroiwszy. Miałam kupić żarcie dla kotów... Będą żarły dziś suszki, zaopatrzenie dopiero jutro, dziś w regały z ciuchami mnie wciągnęło, bo bardzo mi się podoba ten styl starodawnego munduru, królujący na wieszakach. Nie miałam pojęcia, że właśnie to teraz w modzie piszczy, że ona taka „moja” jest.

 

Naprzymierzałam się prawie do syta. Prawie, no bo nie wiem czy mogłabym się przymierzaniem nasycić? Najgorsze chwile miałam w obuwniczych. No zamarzyły mi się te botki na obcasie, znaczy niekoniecznie te, co ostatnio widziałam. Dziś zobaczyłam inne! Cztery dychy droższe od tamtych. Pięęękne, zgrabne z kokardą na boku, a jaka slim w nich jestem...mmmm. Zdenerwowałam się i napisałam do Mężczyzny z Warszawy że ma mi zakazać łażenia po sklepach albo nie zostawiać samej na weekend! No tak! Jaki z tego wniosek? Wszelkiej rozrzutności babskiej winni są mężczyźni! Bo albo przykro przyjdą i nastrój trzeba sobie jakoś poprawić. Albo wcale nie przyjdą i tym bardziej chujowo się robi (może określenie niezbyt fortunne w sytuacji braku...). Albo nie dość się zajmują i głupoty się w głowach białogłowych lęgną. W każdym razie zawsze winę ponoszą oni!

Oni, na pewno powiedzą, że zawsze muszą za wszystko płacić. Albo żywą gotówką albo niematerialnie – czasem swym drogocennym, zainteresowaniem, czy samą zwykłą obecnością.

No. Tak. Tak już jest i nie ma się co przeciw temu buntować. Płacić, panowie, płacić.

 

Mężczyzna z Warszawy pozostawił mnie samą na calusieńki długi weekend!

... – niech sobie każdy sam tu dopowie, co samo się nasuwa ;)

 

Jak mu o tych butach napisałam, to owszem – zadzwonił. Dopytał co za jedne, czy kupiłam i dlatego rozpaczam. Dowiedziawszy się, że nie kupiłam powiedział – To nie masz co rozpaczać.

 

Jak to nie mam! Przecież wracałam do domu bez butów! A do JEST powód do rozpaczy. Koniec końców zaproponował swój udział w zakupie w kwocie 150 zeta. Czyli ja musiałabym dołożyć 200. Nie zdecydowałam się.

Zastanowiło mnie jednak, czemu chce mi kupić tylko jeden i w dodatku nie cały but!? Zapytałam o to.

„Gdyż kupiłem samochód jaki chciałaś a teraz jestem zadłużony i niedługo stracę robotę :)”

 

Z tą utratą roboty to on ma obsesję. Facet łebski jest i powinien pryncypała cisnąć o podwyżkę co i rusz, a nie tak dawać się wysysać. Ale mniejsza.

Samochód. Jaki chciałam... Nooo, tak, tak, bardzo mi się podoba, bardzo. I nie mogę powiedzieć, bez szemrania mi go daje. Jechałam nim ze stolca jak przyprowadzał do mnie motór na zimowanie. Dał mi też go jak musiałam (no może nie musiałam... ;)) do sklepu, a on siedział przy robocie. Bez szemrania dał. No, to niech już będzie, że samochód jest jaki ja chciałam ;).

 

No dobra, ale co ma samochód do butów?! Przecież te buty, to kropla w morzu gotówki wylanej na auto! A do tego...

Do tego wywalił kasę, zupełnie niepotrzebnie, na jakieś smarowidła do zabezpieczania antykorozyjnego!

Tak, wywalił. Gdyż jakby mnie zapytał, to bym mu powiedziała, co i jak. A powiedziałabym żeby najpierw zajrzał baśce pod spódniczkę, czyli pojechał na pierwszą lepszą stację z podnośnikiem i sprawdził jak się ma fabryczne zabezpieczenie. Nie zapytał, to ja się nie wychylałam, bo panowie wrażliwi na punkcie aut swych, szczególnie nowonabytych. No to kupił te mazidła i pojechał do domu swego rodzinnego, bo tam „jest kanał”. I w ten oto sposób mnie wpuścił w kanał, pozbawiając mnie butów.

Bo:

- wydał kasę na mazidło, a mógłby na buty,

- zostawiając mnie samą na te dni stworzył warunki bym uświadomiła sobie istnienie butów, których zostałam pozbawiona.

 

I to wcale nie jest pokrętny wywód!

 

Ale ... Przyparty do muru słowami: „Ale jakbym bardzo bardzo płakała... To byś kupił dwa całe? Powiedz, że tak :-|”, z ociąganiem odpowiedział: „No taaak :)”.

 

I teraz jestem w kropce – płakać? Przyjąć tę część buta w prezencie? Czy olać te buty całkiem?

 

Nie, nie... Olać, to nie... Chyba. I jeśli nie olewać, to na które się zdecydować? Cholera! Dlaczego nie mogę kupić sobie dwóch par!!

 

 

Lubilatka  Komentarze (4)
14. listopada 2010 13:49:00

Lata lecą i robią swoje. Zapomniałam, czy nigdy to do mnie nie docierało? Nie jestem przesądna, gdzieżby! Ale swój rozumek mam i trzynastkę traktuję z ostrożnością. To czemu ja bloga założyłam trzynastego? Listopada, osiem lat temu. Trzynastego listopada, wczoraj wykupiłam znów swoją domenę. Czekałam aż ją home.pl uwolni po niezapłaconym abonamencie, bo to najprostsza droga obniżenia kosztów – założyć na nowo „za złotówkę”. Czekałam i czekałam aż zapomniałam i wczoraj sprawdzając dostępność innej nazwy przypomniałam sobie o mojej. Okazała się wolna, więc czym prędzej ją zakupiłam za 12coś. No i zobaczyłam na fakturze tę datę! Trzynasty :/. A ta domena ma mi szczęście przynieść. Głównie w interesach.

 

Lata lecą, jak to ustaliłam na wstępie i z ich biegiem świruję – umalowałam paznokcie na różowo i zachciewa mi się butów na obcasie na zimę. Na domiar nabieram coraz większej niechęci do ciężkich prac domowych przynależnych w normalnych warunkach facetowi. Przewraca mi się w głowie, oj przewraca. Ale umiarkowanie jeszcze – lakier miałam w szafce, o butach tylko marzę sobie i czasem zajdę przymierzyć takie jedne i grzecznie odstawiam bo trzy stówy to dobra cena, ale trzeba baterię do umywalki dzieciom na gwiazdkę kupić. Co do prac domowych – stękam, ale jeszcze daję radę. Potem stękam bardziej, ale nikt tego nie słyszy, może Majki czasami. Z nim jednak mam niepisany układ na wzajemne stękanie o wszystkich bolączkach ciała i duszy.

 

Wracając do trzynastego listopada roku dwa tysiące dwa – nie miałam pojęcia jak ważna to będzie dla mnie data i jak zaważy na moim życiu. Zaważyła bardzo, gdyż ważne jest to, co mi w konsekwencji przyniosła. Jakby to było gdybym poczekała aż kalendarz zrzuci jedną szatkę w tej grze w rozbieraną butelkę, kończącą się wejściem całkiem gołym nowym roczkiem? Czy gdybym świętowała dziś nie wczoraj? Jak wyglądałoby to święto?

Ha! Ha! – szyderczo zaśmiało się życie! – Nigdy się tego nie dowiesz, Harley!

 

Pokazując życiu język, przypominam sobie znajomych-nieznajomych poznanych tu i rozpoznanych, zapomnianych i wspominanych. Pokazuję życiu język i odpisuję na majla martyni, plotkując o tych znajomych-nieznajomych, pokręconych, nadmiernie wrażliwych, konfabulujących i zwykłych kłamcach. Plotkujemy też sobie o tym Ważnym, co zaważył na moim życiu.

 

Lubię to. To plotkowanie, różowe paznokcie stukające w klawisze, imaginację zamszowych botków z obcasem na moich stopach i ten jubileusz (choć z nim różnie bywało, o czym świadczy skromne archiwum).

 

New look, na chwilę  Komentarze (5)
11. listopada 2010 00:34:00

Zagrali, ale bardziej, jak w teatrze, a nie kasynie. Aktorzy doskonali! Wciągnęli również nas do tej gry i wszyscy udawaliśmy, że to niewolnicy decydują u którego właściciela chcą być. Żałosne przedstawienie.

Mam zatem nowego kierownika, a ściślej będę go miała od stycznia, bo wówczas się sformalizuje ten nowy model organizacyjny zwany przeze mnie NEMO. Nic to, kumpel z całkiem innej fabryki powiedział, żebym podesłała papiery, bo szukają u niego kogoś i może się nadam. Byłoby git – rzut beretem od domu, a zima idzie i jak śnieg znów się sypnie, jak ostatnio, to będę zmuszona używać tramwaju, a nie lubię i w tramwajach dupsko rośnie.

Z ciekawością będę obserwowała moje losy zawodowe, zwłaszcza, że pod koniec ubiegłego roku pewna wróżka wywróżyła mi zmianę w tym zakresie i to w drugiej połowie roku. W sumie zmiana już zaszła, ale może zajdzie dalej...

 

Dziś po WF-ie poszłam do galerii i się popławiłam. Najpierw zaszłam do Sephory i się umalowałam: korektor pod oczy za 99 zeta, puder Givenchy za prawie 200, róż Dior za 170, rzęsy – Lancome za 130. Taka śliczna udałam się do H&M, poprzymierzałam i nie kupiłam, bo sukienka z wieszaka „wszystko po 40 i 60” była źle odwieszona i cena na metce była aktualna – 120 :/. Na buty zostało mało czasu i dobrze, bo mogłam się nie wykazać rozsądkiem.

W H&M kupiłam trzypak majtek. Niewypał z powodu dezinformacji – rzekomo w tym sklepie rozmiary bielizny są zaniżone (a może zawyżone?), w każdym razie kazały wziąć mniejsze niż zwykle. No i te 36 mogę sobie włożyć... Ale z założeniem gorzej.

 

 

Należałoby już się umyć, o czym myślę z niechęcią, z racji kosztownego makijażu. Cena faktycznie czyni cuda, choć inne znaczenie ma ten slogan w perfumerii niż w CCC z butami.

 

Zmiany, wyzwania, centra kompetencji! Fuj!  Komentarze (3)
29. października 2010 14:20:00

Chciałabym żeby zagrali o mnie w karty. Obojętne czy w pokera – łapczywie patrząc na mnie i pragnąc wygranej, czy w Piotrusia, z lękiem wyciągając kolejne karty i myślą „byle nie ona”.

 

A tu nic z tego. Najpierw nowy dyrektor, co nim będzie od stycznia, opowiada o przyszłości, potem dzwoni do mnie jakiś gość o nazwisku nic mi nie mówiącym i pyta czy ktoś już ze mną coś? (w sensie czy już jakiś kierownik coś mi proponował – pracę konkretnie). Na domiar złego rozmowę zaczyna od poinformowania mnie, co słyszał, że niby zajmuję się czymś tam, co znane jest mi z nazwy, ale czego dotyczy muszę zapytać kolegę z przeciwka, bo zapomniałam oczywiście czy to wspomaga, czy dla operatorów czy może związane z biznesem.

 

Ja nie chcę wybierać! Nie chcę „określać swoich preferencji” ani „gdzie się widzę” (bo widzę się tam gdzie mnie nie widzą i preferencje mam ździebko sprzeczne z innymi preferencjami, ale to akurat z fabryką nie ma nic wspólnego).

 

Po pierwsze – mam za mało danych, nie znam kierowników, nie znam lub prawie – systemów i nie wiem kto z nas gdzie się znajdzie, a co za tym idzie w czyje obecności przyszłoby mi pić codzienna poranną kawę.

Po drugie – jak mnie borą, to mają, co chcieli. Ale już, gdy ja mówię „chcę, weź mnie”, to wypadałoby coś dać w zamian, coś wiedzieć i umieć. Wniosek prosty – umiem niewiele i jeszcze mniej :/

 

Długi weekend, dodatkowa godzina – chciałoby się w komforcie, emocjonalnej stabilności, cieple i bezpieczeństwie. Guzik, cała macierz niewiadomych. Teraz, jutro, zawsze…

Dziurawy ten mój dom  Komentarze (2)
29. września 2010 23:12:00

Na pewnym strychu były żarówki. Całe pudełko żarówek z lustrem. Już dawno miały byś na moim strychu, aż w końcu... Ale stało się to dopiero wieczorem.

 

Sobota była ciepła i słoneczna, w sam raz na różne rzeczy. I tak Bazyl postanowił wywoskować swoje auto, łącząc przyjemne z wietrzeniem dziecięcia. Woskowanie z wietrzeniem bezkonfliktowo mógł zrealizować u mnie przed domem. Przyjechał z rodzinką, a my ciepłą i słoneczną sobotę uznaliśmy za doskonałą na wycieczkę - wsiedliśmy na motocykl i pojechaliśmy do Arkadii (Nieborów był tydzień wcześniej). Wróciliśmy pod wieczór. Mężczyzna z Warszawy zrobił kebab.

Byliśmy już po lodach i miałam pozmywać po kolacji, kiedy przyszedł kolega Juniora. Ze wspomnianymi na wstępie żarówkami.

 

Postawił pudło w przedpokoju i cofnął się do korytarza. Wydawało mi się, że nachylił się po coś jeszcze, ale nie, zamykał drzwi. Trochę mnie to zdziwiło, ale skoro wszedł, zapytałam – Kawka, herbatka?

- Kawka.

 

Zdziwiłam się bardziej, ale poszłam do kuchni. Niedługo potem obserwowałam, jak Heru wpada w dziurę czasową. Coraz głębiej i głębiej. Zaczęłam podejrzewać tę dziurę o brak dna, kiedy wyszedł z Mężczyzną z Warszawy do sklepu po cytrynówkę. Zadzwoniłam do Juniora.

 

- Słuchaj, czy Heru kiedyś wyjdzie?

- Kiedyś wyjdzie – pocieszył mnie Junior.

 

O pierwszej trzydzieści zaczął już wychodzić i wychodził dwie godziny. Przed czwartą byliśmy już sami i mogliśmy położyć się spać. To fakty, a wrażenia? Gdybym nie była przymulona nadmiarem tlenu i spragniona ciepła rąk Mężczyzny z Warszawy też bym się kołysała w dziurze pomiędzy czasem i nocą. Lubię znajomych Juniora, zawłaszcza, jak mówią tym swoim niezrozumiałym dla mnie językiem - o alikwotach, gatunkach muzycznych, których nazw nie zapamiętałam, o permanentnym oddechu, o fortepianie w stroju równomiernie temperowanym i takim, co miał czarne klawisze dzielone na pół.

Oni zawsze z youtuba wygrzebują ciekawe, piękne dźwięki, doskonałych instrumentalistów i opowiadają o muzyce bez zadęcia, a jednak w głosie i oczach mają religię jakąś.

Heru też pokazał kilka swoich ulubionych kawałków. Był Mate Bekacac grający na klarnecie koncert skrzypcowy, co niezwykłe jest podobno ze względu na specyfikę strojenia oby tych instrumentów. Nie wiem, może. Nie znam się, ale jak zamknęłam oczy, to faktycznie słyszałam skrzypce.

Potem był gitarzysta basowy, flecista Nathan "Flutebox" Lee i Bernard Ładysz też był z racji koligacji rodzinnych z Herem. Dużo mówił o Mozarcie, a na koniec zadał podchwytliwe pytanie. 

 

- Czy Requiem Mozarta kończy się smutno, czy wesoło? No? W dur, czy w mol? – nie wiedzieliśmy, więc sam dopowiedział -  Ani tak, ani tak. Tam nie ma tercji!

 

Potem jeszcze długo wyjaśniał, śpiewał różne dźwięki, mówił, którego tam brakuje do określenia tonacji i podsumował – Śmierć nie jest ani dobra, ani zła. To chciał powiedzieć Mozart, pisząc Requiem dla siebie.

 

Pokiwał głową lekko przechyloną na jedną stronę z miną mówiącą mniej więcej – Tak, tak moje dzieci, tak też można zinterpretować geniusza.

 

Jak interpretować geniusza – kompozytora instrumentalistę – układającego mnie czasami do snu? Nie podejmuję się. Chłonę tę muzykę, wyczarowywaną z wymyślonych przez niego nut, zagraną palcami na mojej skórze, spojrzeniem na membranie moich źrenic, oddechem szumiącym w moich włosach. Komponuje, gra, dyryguje, a ja słucham, drżę, chłonę i nie śmiem interpretować.

Na oklaski nie starcza już sił ;)

 

 

22. września 2010 23:35:00

Mężczyzna z Warszawy sprzedaje motocykl i kupuje auto. Że niby na zimę. To auto ma być na zimę. Ale czy wiosną kupi nowy sprzęt, czy dopiero latem? Czy kupi...? Jakoś smutno jawią mi się wakacje w limuzynie.

Jemu zamarzyło się wygodne podróżowanie, a ja spoglądam na kaloryfery i zastanawiam się, czy na następną zimę nie odblokować ich, a piecem się jedynie wspomagać – ciepłotą i nastrojem. W takich chwilach czuję upływ czasu. Widzę go też w podkrążonych, zmęczonych oczach. I w paru innych miejscach też ;).

Zapominam o nim – o czasie, przestrzeni i o pierwszym wymiarze – zapominam o zmęczeniu i bezlitośnie ciętej perspektywie i trwam wraz z chwilą, która powinna być rzeczownikiem rodzaju męskiego, chwilą piękną. Wychwalam ją cicho, nawet nie szeptem, by nie usłyszał mnie czasem, bo kto wie czy czego kiedy nie podpisałam tylko pamięć zawodna i cyrografu nie pamięta. Jeszcze ciszej, ciszą od szeptu jeszcze dalszą wypowiadam też inne słowa najmilsze. Nie powiem ich głośno.

Nie powiem ich tu nawet. One zresztą wiedzą, gdzie są bezpieczne, nie budzą lęku, nie zasmucają. Te słowa są moje, dla niego, ale dla mnie tylko.

 

Może ma kto beemkę 328, niedrogo w dobrym stanie? ;)

 

15. września 2010 00:09:00

Dosyć lansu.

A w sobotę jakby czas się cofnął. Byliśmy pograć w ping ponga, w sali przykościelnej, gdzie siostrzyczka Weronika trajlowała z trzema gimnazjalistkami, a z głośników leciały Czerwone Gitary z Klenczonem.

Nierealne.

...

mary-kateandashley12 | zabawka2 | klapa | b4 | mc-rabbit | Mailing